sobota, 19 styczeń 2019 11:39

Miało być mocno, metalowo i tak jest! Wywiad z INTERNAL QUIET

Napisał
fot. INTERNAL QUIET (archiwum zespołu) fot. INTERNAL QUIET (archiwum zespołu)

INTERNAL QUIET szturmem wbił się na muzyczną scenę metalową. Nikt nie daje wiary, że płyta „When The Rain Comes Down” to debiut zespołu. To żywioł, jednocześnie dopracowany w każdym szczególe. Grupa kończy właśnie kolejną trasę koncertową. Za kilka tygodni wchodzi do studia, by nagrać nowy materiał. Mimo przeciwności krok po kroku realizują swój plan.

 

Gdy rozmawialiśmy pierwszy raz jesienią 2016 roku, byliście tuż po premierze Waszej debiutanckiej płyty, „When The Rain Comes Down”. Emocje były spore, pojawiały się pytania, jak zostanie przyjęta itd. Minęło już trochę czasu. Jak dziś, na spokojnie, podsumowalibyście ten etap w Waszej karierze?

Sławek Papis, INTERNAL QUIET:

– Biorąc pod uwagę rynek i branżę muzyczną oraz stylistykę, w jakiej się obracamy, to chyba największym sukcesem jest to, że wciąż jeszcze gramy. Sporo zespołów, które znaliśmy, już nie ma, niestety. To bardzo trudne zajęcie.

My przede wszystkim chcemy grać i tworzyć muzykę. Mamy sporo pomysłów, które chcemy realizować, to chyba najważniejsze. Udało się nam pozyskać zawodowego agenta i nadać profesjonalny charakter naszym poczynaniom. Nie spinamy się jednak, każdy ma swoje zajęcia, a sprawy zespołu realizujemy krok po kroku w odpowiedniej kolejności. Biznes plan, który nakreśliliśmy sobie w 2014 roku, po dziś dzień skrzętnie realizujemy. Myślę, że zespół idzie do przodu, pomimo wielu przeciwieństw i ograniczonego czasu wolnego przeznaczonego na działania. Do końca 2020 roku mamy wszystko zaplanowane. Osobiście sam jestem ciekaw, dokąd nas to zaprowadzi.

 

Płyta jest rewelacyjna! Często do niej wracam. Podejrzewam, że słyszycie to od wszystkich, którzy ją przesłuchali i byli na Waszych koncertach.

– Chcielibyśmy, ale w 95% przypadków ludzie są zadowoleni z naszej płyty, to bardzo cieszy.

 

Dla mnie album „When The Rain Comes Down” jest jak żywioł, który pojawia się nagle i z impetem wdziera się do podświadomości, a potem już tylko co kilkadziesiąt minut naciskasz „Repeat” i słuchasz od nowa… I tak po kilka razy w ciągu dnia… :)

– To płyta bardzo przemyślana, proces tworzenia trwał bardzo długo, niektóre kompozycje pochodzą jeszcze z lat 1991-1999. Można powiedzieć, że czekały w szufladzie na konkretnych muzyków i realizację. Zależało nam na analogowym podejściu to rejestracji, chcieliśmy zagrać wszystko na tzw. „setkę”. Udało się! :) W sumie przed wejściem do studia zagraliśmy wspólnie ponad 70 prób, które trwały czasami po cztery godziny. To ciężka praca, ale warto było.

Kolejna płyta, do której aktualnie się przygotowujemy będzie zrealizowana w ten sam sposób, jednak brzmienie jest zupełnie inne, mocniejsze. Nasze nowe kompozycje nabrały mocniejszego wyrazu. W sporej mierze przyczyniła się do tego rezygnacja z instrumentów klawiszowych.

 

Pamiętam, jak ludzie po przesłuchaniu Waszej płyty otwierali oczy ze zdumienia, gdy dowiadywali się, że to Wasz debiut :)

– Słyszeliśmy to stwierdzenie kilka razy :) Każdy z nas już wcześniej grał, tworzył, zrobiliśmy w sumie kilka płyt, braliśmy udział w różnych projektach. Dojrzeliśmy do nagrania właśnie takiej płyty jak WTRCD. To trochę niebezpieczne, debiut wyszedł bardzo dobrze, teraz pytanie, jak będzie z drugą płytą? My jesteśmy spokojni, od debiutu zagraliśmy ponad 100 koncertów i myślę, że zespół jest przygotowany do nagrania płyty w studio.

 

W zespole pojawiły się nowe twarze. Co jeszcze zmieniło się od wydania pierwszej płyty?

– Tak, była zmiana na stanowisku perkusisty, Radek postanowił kontynuować swą przygodę z zespołem MOSKWA, a Dawid, nasz klawiszowiec zrezygnował sam, z powodów rodzinnych, osobistych. To pozwoliło nam trochę powybrzydzać. Postanowiliśmy, że znajdziemy typowo „metalowego” perkusistę.

W sumie Pawła Lachowicza znalazł ROCKER (wokalista), zadzwonił do mnie i dał mi namiary na Pawła. Pogadaliśmy może z 15 minut, wiedziałem, że mentalnie to jest to. Została kwestia, czy wpasuje się w schemat zespołu? I cóż, Paweł dostał płytę i miał przygotować cały materiał, po swojemu. Zagraliśmy 20 prób i stwierdziliśmy, że to jest to – kompletnie wpasował się w koncepcję. Poza tym dobrze się dogadujemy, rozumiemy się na próbach, zagraliśmy w sumie 40 koncertów. To jest to, o co nam chodziło. Ma być mocno, metalowo. I tak właśnie jest.

Wcześniej graliście wspólnie z zespołem TURBO podczas trasy koncertowej „Back To The Past”. Teraz jesteście w trakcie swojego własnego tournée. Mieliście obawy przed tym sporym przedsięwzięciem?

– Oczywiście, obawialiśmy się tego tournée. Zagraliśmy ponad 30 koncertów, od 1 września do 9 grudnia. Zostaliśmy zaproszeni na dwa koncerty z zespołem DIAMOND HEAD (Warszawa i Poznań), to było kolejne spełnienie marzeń – poznać ich, pogadać, wspólnie zagrać. Trasa przebiegała różnie, na niektórych koncertach było po kilkanaście osób, ale nie stanowiło to dla nas problemu, zawsze graliśmy na 100%. Dwa koncerty zostały wyprzedane, Radio Łódź i Radio Opole, na niektórych było naprawdę nieźle frekwencyjnie.

W sumie trasa skończyła się sukcesem, osiągnęliśmy to, co było w założeniach, wyprzedaliśmy nasz album (CD) i sprzedaliśmy sporo winylowej wersji płyty, a najważniejsze, że każdy, kto był na koncercie, wyszedł z niego zadowolony.

Poza tym mieliśmy naprawdę dobre zespoły, które grały przed nami. Większość z nich to nasi serdeczni koledzy, wręcz przyjaciele. To piękne, że w trudach trasy da się poznać ludzi z tej dobrej strony, mocno nas to zbudowało. Trasa zbilansowała się na spory plus, więc czego chcieć więcej? Duża w tym zasługa naszego agenta i wszystkich członków zespołu. Każdy z nas pracował ciężko, by udało się zagrać te wszystkie koncerty, odpowiednio je wypromować.

 

Punktów na mapie, gdzie już się pojawiliście i gdzie wystąpicie, jest mnóstwo. Wielki ukłon w Waszą stronę za to, że staracie się grać dużo koncertów, nie tylko w dużych miastach, ale i w mniejszych miejscowościach.

– Staramy się dotrzeć wszędzie, nie zawsze się to udaje. Kolejną trasę, już z nową płytą, zagramy w nowych miejscach, chcemy maksymalnie rozpowszechnić zespół i naszą muzykę. Pewnie wrócimy do niektórych klubów. Już mamy sygnały, żeby wziąć pod uwagę konkretne miejsca podczas planowania trasy. To bardzo miłe.

 

Ile w sumie koncertów obejmuje ta ogromna trasa? I ile Wam jeszcze zostało do zagrania?

– Zostało nam do zagrania jeszcze trzy koncerty: Kraków, Krosno i Kościerzyna. Wszystkich było 34, to sporo.

 

Warto podkreślić, że wraz z rozpoczęciem trasy „When The Rain Comes Down 2018” miała premierę winylowa wersja Waszej płyty. Mam wrażenie, że ta płyta gramofonowa jest dla Was szczególnie ważna?

– Dla nas osobiście to bardzo ważne wydarzenie. Sposób, w jaki podchodzimy do nagrywania, uzyskiwania konkretnego brzmienia i samej finalizacji nagrań jest dość szczególny. W przypadku edycji winylowej dokonaliśmy ponownego masteringu albumu stricte pod tym kątem tylko po to, aby efekt finalny brzmiał jak najbardziej źródłowo w kontekście pierwotnej rejestracji.

Po raz kolejny zatrudniliśmy Grzegorza Piwkowskiego, aby profesjonalnie i dogłębnie prześledzić temat. To zresztą bardzo ciekawe doświadczenie, które pozwala uzmysłowić, jak bardzo różni się zapis „master” na płytę CD i ile pracy trzeba wykonać, aby wersja winylowa zabrzmiała równie dobrze, a może nawet i lepiej? Nie wystarczy bowiem wręczyć tłoczni płytę CD z prośbą, aby zrobili z tego winyla, bo niestety, płyty wykonane w ten sposób nigdy nie zabrzmią tak, jak powinny.

Wy możecie ocenić naszą pracę, słuchając wersji winylowej w swoich domach.

 

Na koncertach, poza materiałem z płyty, pojawiają się nowe kompozycje. Kiedy wchodzicie do studia, by nagrać nowy materiał?

– Przełom marca i kwietnia, wtedy wchodzimy do studia. Mamy pewne przemyślenia. Robiąc drugą, bardzo podobną płytę stalibyśmy się wtórni. W moim odczuciu zespół musi się rozwijać i iść do przodu muzycznie, technicznie, aranżacyjnie, tak, aby każdorazowo zaoferować słuchaczom coś intrygującego, ciekawego i mam nadzieję lepszego w warstwie muzyczno-tekstowej. Na pewno na drugim krążku wszystkie dźwięki, które chcielibyśmy wyciągnąć z klawisza, zagramy na gitarach.

Poza tym zespół obecnie brzmi mocniej, po części z uwagi na sekcję rytmiczną i bardziej soczyste riffy. Dużo czasu poświęcamy na wypracowanie takich zagrywek, idących w kierunku większej mocy, jednak cały czas powstają one niejako spontanicznie, nie siedzimy nad nimi na sali prób, każdy przynosi pomysły, które wpadają nam do głowy przeważnie w najmniej spodziewanych momentach.

 

Czeka Was bardzo pracowity rok. Ciągle coś się dzieje, coś jest w planach itd. Jesteście w swoim żywiole, gdy pracy jest tak dużo?

– Najbliższa przyszłość to przede wszystkim nowa płyta i śmiałe spojrzenie w przyszłość. To w tej chwili najważniejsze. Jeszcze w tym roku zagramy kilka razy. Zdaje się że 2019 to jedynie 10, może 15 koncertów. Kolejne wyzwanie to duża trasa koncertowa na 2020, ale czy w kraju? Pojawiło się kilka propozycji. Rozważamy je, nie musimy się „sprzedać”, więc mamy pełną dowolność decyzji. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

 

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na koncercie!

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek

fot. INTERNAL QUIET (archiwum zespołu)

 

Najbliższe koncerty

– Kraków | Boss Garage Pub | 25.01.2019

– Krosno | Rock Klub Iron | 26.01.2019

– Kościerzyna | Exodus | 9.02.2019

Anna Piątkowska-Borek

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Ostatnio na głos24