środa, 31 maj 2017 15:50

Kazimierz Kyrcz Jr.: "W literaturze nie ma nic gorszego niż granie na jednej nucie"

Napisał

Przekonujący i pełnokrwiści bohaterowie, a wśród nich seryjny morderca prostytutek i przytłoczony problemami osobistymi policjant; niebanalnie nakreślone tło, w tym także zakątki Pszczyny – to wszystko w powieści „Dziewczyny, które miał na myśli”, autorstwa Kazimierza Kyrcza Jr. Książka ukaże się w połowie czerwca.

Seryjny morderca z Pańskiej powieści przywodzi mi na myśl Kubę Rozpruwacza. Czy tworząc, również miał Pan z nim skojarzenia, czy ta zbieżność wyszła przypadkiem?

Kazimierz Kyrcz:

– Choć od morderstw przypisywanych Kubie Rozpruwaczowi minęło prawie sto trzydzieści lat, jego postać niezmiennie inspiruje literatów i filmowców. Kiedy więc tworzyłem „mojego” seryjnego zabójcę, również obierającego sobie za cel prostytutki, nie miałem wątpliwości, że muszę odnieść się do tamtej mrocznej legendy. Tym bardziej, że wielu badaczy uważa, że Kuba Rozpruwacz był Polakiem.

 

Do Pana książki trafiła również Pszczyna. Co Pana skłoniło, by akurat tam umieścić część akcji?

– Najlepiej pisze się o czymś, co się zna – to żadne odkrycie. Choć większość życia spędziłem w Krakowie, od kilku lat coraz chętniej w wolnych chwilach uciekam na Górny Śląsk. Pszczyna, przecież nie bez powodu nazywana Perłą Górnego Śląska, stała się jednym z moich ulubionych miejsc takich wypadów. Razem z żoną już kilka razy zwiedzaliśmy Wasze miasto i nie wątpię, że z przyjemnością będziemy tu jeszcze wracać. Nie tylko dla przesyconej historią atmosfery czy architektury, ale i dla wyjątkowo sympatycznych i otwartych ludzi, którzy tu mieszkają.

 

Które zakątki Pszczyny najbardziej Pana zachwyciły?

– Ostatnio zwiedzałem Muzeum Prasy Śląskiej, rzecz jasna na dłużej zatrzymując się w Izbie u Telemanna, która z powodzeniem przeniosła mnie do tętniącego muzyką dawnego Śląska. Poza tym podziwiałem zjawiskowe wnętrza zamku, no i ogólnie zadeptywałem okolice Rynku z okalającą go plątaniną uliczek... Muszę się przyznać, że jestem takim trochę kulinarnym turystą (śmiech), tak więc stołowałem się już w trzech pszczyńskich restauracjach.

 

Czy miejsca, które odwiedził Pan w Pszczynie, w „Dziewczynach, które miał na myśli” stały się areną krwawych zbrodni? Może Pan zdradzić co nieco? :)

– Pszczyna zbyt dobrze mi się kojarzy, by brukać ją krwią ofiar. Dlatego też w mojej powieści dwoje bohaterów właśnie tu próbuje znaleźć odrobinę wewnętrznego spokoju. Trafiają między innymi do nieczynnego już pubu Edynburg, spacerują, jedzą, a przede wszystkim starają się poradzić sobie z kryzysem w swoim związku. Nie ma w tym nic strasznego, przynajmniej nie wprost.

 

„Dziewczyny, które miał na myśl” to powieść mroczniejsza niż wcześniejsze Pana utwory?

– I tak i nie. Pomimo tego, że blurb na okładce powieści obiecuje mrok przez duże „M”, znalazło się w niej sporo elementów humorystycznych, służących zarówno rozrywce, jak i uśpieniu czujności czytelników. W twórczości literackiej nie ma bowiem nic gorszego niż granie na jednej nucie.

 

Proszę powiedzieć, jak zaczął Pan pisać? Jest Pan oficerem Policji. Czy literatura miała być odskocznią od rzeczywistości? Chociaż, biorąc pod uwagę tematykę Pana opowiadań i powieści, daleko Pan nie odskoczył :)

– Początki mojego pisania to dość zabawna sprawa... Pierwsze próby – nazwijmy je optymistycznie literackimi – podjąłem jeszcze w podstawówce. Jako fan Republiki marzyłem wtedy o własnym zespole i pisałem różności, które w założeniu miały być tekstami piosenek. Później pojawiły się wiersze i dopiero w mocno zaawansowanym jak na obecne standardy wieku, czyli trochę przed trzydziestką, przerzuciłem się na prozę. Zbiegło się to w czasie ze wstąpieniem do Policji. Możliwe, że brutalne realia, z którymi wówczas się zetknąłem, wyrugowały ze mnie liryczne środki wyrazu. Na szczęście nie wszystkie, bo czasami jednak jakiś wierszyk udaje mi się popełnić...

Niezależnie od wszystkiego, twórczość literacka faktycznie pomaga mi skanalizować część negatywnych emocji. W pozbyciu się pozostałej ich części pomagają wycieczki do tak urokliwych miejsc jak Pszczyna.

 

W 2009 roku, na podstawie opowiadania, które napisał Pan z Łukaszem Śmiglem, powstał anglojęzyczny film krótkometrażowy „Head to Love“, wyreżyserowany przez Vana Kassabiana. Jakie to uczucie zobaczyć wymyślonych przez siebie bohaterów i fabułę na ekranie? Czy film był bliski Pana wyobrażeniom?

– Miałem to szczęście, że spędziłem kilkanaście godzin na planie zdjęciowym „Head to Love”, mogłem więc obserwować zarówno kręcenie niektórych scen, jak i porozmawiać z aktorami i członkami ekipy. Minęło już sporo czasu, ale wciąż świetnie pamiętam tamte sytuacje. Proces produkcji filmu trwał rok, a kiedy koniec końców trafiłem na seans do kina, wszystko wydawało mi się totalnie nierealne, wręcz nie do wiary. Bałem się, że ktoś włączy światła i krzyknie „prima aprilis!”.

Van Kassabian stworzył nie tyle film, co wysmakowany wizualnie obraz, kręcony tradycyjną metodą na taśmie filmowej, nic więc dziwnego, że „Head to Love” zostało wraz z trzydziestoma innymi filmami – ze zgłoszonych tysiąca trzystu – zakwalifikowane do Sundance Film Festival w 2010 roku. Nie to jednak jest najważniejsze, a świadomość, że ten film powstał z prawdziwej pasji.

 

Dziękuję za rozmowę, a Czytelników zachęcam do przeczytania powieści „Dziewczyny, które miał na myśli”.

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek

fot. Urząd Fotografii

Anna Piątkowska-Borek

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.