wtorek, 30 październik 2018 19:01

Mariusz Smołkowicz: „Szkoła stała się obozem pracy przymusowej”

Napisał

Ktoś, kto przynosi pracę do domu, postrzegany jest jako pracoholik, albo mówi się, że w firmie jest zła organizacja pracy. Natomiast naszym dzieciom zadaje się prace do domu i nikt nie widzi w tym problemu – podkreśla Mariusz Smołkowicz, organizator akcji „Dom nie jest filią szkoły”, która z dnia na dzień nabiera rozpędu.

Jak to się stało, że zajął się Pan tematem prac domowych?

Mariusz Smołkowicz:

– Zaczęło się niewinnie. Moja córka co prawda jeszcze nie chodzi do szkoły, ma dopiero pięć lat, ale obowiązek szkolny przed nią. Byłem mocno zaskoczony, gdy zobaczyłem, że w momencie zakończenia wakacji jej starsi koledzy, koleżanki i kuzyni nie wychodzą na podwórko, nie mają czasu się bawić. Zaczęliśmy rozmawiać z rodzicami i okazało się, że ogrom prac domowych jest taki, że dzieci zwyczajnie nie mają czasu na zabawę i cieszenie się dzieciństwem. Weekendy też nie są wolne.

W domu natomiast ciągle trwa konflikt między dziećmi, które naturalnie bronią się nieustannie przed tym nadmiernym obciążeniem obowiązkami, a rodzicami, którzy próbują w jakiś sposób wymóc na nich wypełnianie obowiązków.

 

To skłoniło Was najpierw do założenia profilu na portalu społecznościowym.

– Od tego się zaczęło założenie profilu. Naszym celem było tylko zwrócenie uwagi na problem. Ale szybko zaczęli pisać do nas inni rodzice i opisywać sytuacje, gdzie na przykład dziecko wychodzi z domu o godzinie 6:00 i wraca ze szkoły o 15:00, a następnie siedzi nad lekcjami do 21:00, a nawet do 22:00. Stwierdziłem, że to nienormalne. Jako dorosły nie chciałbym pracować w takich warunkach, a co dopiero jako dziecko.

Ludzie zaczęli pisać do nas. Jest nadzieja, że coś wspólnie uda się zrobić. Może stworzymy petycję, a ta doprowadzi do opracowania projektu ustawy. Tak dalej być nie może!

 

Sprawa dotyczy uczniów różnych szczebli edukacji, prawda?

– Dokładnie. I sytuacja jest coraz gorsza. Mama jednego z uczniów liceum ogólnokształcącego mówi, że jej dziecko ma w tygodniu dziewięć sprawdzianów! Praktycznie zrezygnowało z jakiejkolwiek aktywności fizycznej i do późnych godzin nocnych spędza czas nad lekcjami.

Wydaje mi się, że szkoła stała się obozem pracy przymusowej, a nie miejscem, które inspiruje.

 

Pamiętam, że kilka lat temu toczył się spór: „zadawać czy nie zadawać?” Ale – jak widać – sprawa się nie poprawiła.

– Jest coraz gorzej. Proszę zwrócić uwagę, że podstawa programowa ciągle rośnie, dodaje się nowe zagadnienia, nowe tematy, natomiast nie ujmuje się zagadnień, które mogą być już nieaktualne. Tymczasem dziecko nie jest cyborgiem, robotem, by spędzać cały dzień na nauce. W latach dziewięćdziesiątych dzieci miały 23 godziny lekcyjne, dziś – około 36. To niesamowity wzrost. Dzieci nie wyrabiają się ze wszystkim.

Praca domowa straciła swój podstawowy charakter, związany z powtórzeniem i utrwaleniem, natomiast stała się sposobem na poradzenie sobie z przeładowanym programem. Tak dalej być nie może!

Nasza akcja ma zwrócić uwagę, że – bazując na obowiązujących przepisach – my rodzice nie musimy godzić się na tę sytuację. I mamy nadzieję, że ten oddolny ruch spowoduje, że ktoś „na górze” zwróci uwagę na to, że coś jest jednak nie tak. Na razie Ministerstwo Edukacji Narodowej „nabiera wody w usta”.

 

Tymczasem dzieci są przemęczone...

– Zdarzają się sytuacje, że dzieci powoli odmawiają wywiązywania się z tych obowiązków. Czasem się nawet buntują. Widać, że to, co się dzieje, wcale nie wpływa na polepszenie wyników w nauce.

 

Ile maksymalnie czasu uczeń może poświęcić na odrabianie pracy domowej?

– Według Instytutu Badań Edukacyjnych spędzanie nad lekcjami powyżej czterech godzin tygodniowo w żaden sposób nie poprawia wiedzy dziecka. Wręcz przeciwnie – dzieci próbują „kombinować”, by jakoś się w tym odnaleźć. Stosują na przykład tzw. „zasadę trzech Z: zakuć, zdać, zapomnieć”. To jest droga donikąd.
Instytut Badań Edukacyjnych zwrócił uwagę, że w przypadku szkoły podstawowej takie maksimum dziennie to 20 minut. Przy dzisiejszych realiach to nie jest do zrealizowania.

 

Taka sytuacja dotyczy szkół w całej Polsce?

– Generalnie problem jest w całej Polsce i wieści, jakie do nas docierają z różnych części kraju, są zatrważające.

Ja pochodzę z niewielkiego miasteczka Gorlice na południu Polski i widzę, że w różnych miejscowościach różnie to wygląda. Zauważyłem jednak, że czym mniejsza miejscowość i mniejsza szkoła, tym problem jest niestety większy. Czasem mam wrażenie, że to wynika trochę z przerostu ambicji osób prowadzących szkołę.

 

Władze centralne, jak Pan wspomniał, nie widzą na razie problemu, choć takie informacje do nich docierają.

– Oczywiście. Ale proszę zwrócić uwagę na relację Rzecznik Praw Dziecka i Minister Edukacji. Pan rzecznik wielokrotnie zgłaszał, że jest taki problem, ale pani minister twierdziła, że jeśli problem istnieje, to trzeba go załatwić w szkole. Nie ma uregulowań systemowych.

Problem różnie wygląda w różnych aglomeracjach, w różnych miejscowościach. Nie ma tymczasem żadnych regulacji prawnych dotyczących pracy domowej. Ministerstwo ceduje ten obowiązek niejako na statuty szkoły, ale to też obdarzone jest pewną wadą prawną. Sam statut może obowiązywać tylko na terenie szkoły i regulować zasady postępowania szkoły, natomiast nie może narzucać, co dziecko ma robić po wyjściu ze szkoły. „Wolna ręka” pozostawiona nauczycielom sprawia, że różnie to wygląda w różnych szkołach. Ilość materiału do opanowania ciągle rośnie. Dzieci są przytłoczone.

Kiedyś ktoś zwrócił uwagę, że w przypadku pracownika małoletniego, który nie skończył 16. roku życia, prawodawca roztoczył bardzo duży parasol ochronny. Taki pracownik nie może przykładowo pracować dłużej niż sześć godzin dziennie, musi mieć półgodzinną przerwę i oczywiście wszystkie weekendy wolne.
Z kolei w przypadku ucznia, który też pracuje bardzo ciężko, nie roztacza się parasola ochronnego. Dziecko pracuje nie sześć, ale i dziesięć czy dwanaście godzin dziennie. I nikt się tym nie przejmuje. Nawet mówi się, że to dla dobra dziecka. Tymczasem na pewno pozostawia to ślad na psychice i rozwoju młodego człowieka. Do tego dochodzi też do zaniechania aktywności fizycznej, co może być zgubne dla przyszłego pokolenia.

Trzeba wziąć pod uwagę fakt, ile to dziecko czasu spędza w szkole. Czasem to jest nawet dziewięć lekcji, czyli około ośmiu godzin. Weźmy mnie, dorosłego człowieka, który pracuje osiem godzin dziennie. Gdy wracam do domu, jestem naprawdę zmęczony. Chcę zająć się czymś zupełnie innym i mieć też wolny weekend, żeby się zregenerować, zachować zdrowie psychiczne i podejść później ze świeżym umysłem do pracy zawodowej.

Ktoś, kto przynosi pracę do domu, postrzegany jest jako pracoholik, albo mówi się, że w firmie jest zła organizacja pracy. Natomiast naszym dzieciom zadaje się prace do domu i nikt nie widzi w tym problemu.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek

fot. Dom nie jest filią szkoły

 

Czy wiesz, że…

Według MEN nie istnieje w ustawodawstwie pojęcie „obowiązkowej pracy domowej". Co z tego wynika? Zadawanie i egzekwowanie zadań domowych jest więc w gruncie rzeczy naruszeniem art. 31 punk 2 Konstytucji RP: „Każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych. Nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje”.

Anna Piątkowska-Borek

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.