czwartek, 18 kwiecień 2019 13:57

Historia pewnego zegara. Rozdział II. Odcinek 8

Gromadzka Rada pomimo że była jednostką bardzo małą, a zatem i słabą, budowała we własnym zakresie drogi lub je ulepszała. W tym czasie drogi wiejskie na terenie naszej Gromadzkiej Rady nie były w ogóle utwardzone.

Tam gdzie podłoże było piaszczyste lub kamieniste sytuacja dróg była całkiem inna. U nas czarnoziemy i rędziny rozmakały na deszczu, tworząc  wyboje nie do przebycia. Głównym źródłem pochodzenia pieniędzy był fundusz gminny. Był to fundusz naliczany procentowo od podstawy wymiaru podatku gruntowego i był przeznaczany wyłącznie na drogi. Wymiar, pobór i ściąganie od opornych płatników należało wyłącznie do Gromadzkiej Rady. Kiedy dany podatnik zalegał z płatnością wysyłało się jemu upomnienie za pokwitowaniem odbioru z podanym terminem płatności. Jeżeli w danym terminie nie wpłacił, to wystawiało się tytuł wykonawczy, który był podstawą egzekucji. Czynności te Gromadzka Rada wykonywała we własnym zakresie zajmując jakieś wartości danemu podatnikowi na poczet zapłaty zaległości.Jeszcze nie pracowałem w Donosach kiedy zaistniała następująca historia: pracował tam niejaki Dąbek z Kazimierzy Wielkiej. Pewnego dnia sekretarz gminy Stanisław Wójcik polecił mu dokonanie zajęcia wierzytelności u rolników, którzy pomimo dwukrotnego upomnienia nie uregulowali zaległości w funduszu gminnym we wsi Skorczów i Słonowice. Dąbek polecenie starał się wykonać, wziął tytuły wykonawcze i poszedł. Miał na to dwa dni. Po dwóch dniach przychodzi i zdaje relacje sekretarzowi: Nikt pieniędzy mi nie wpłacił, wszystkim dokonałem zajęcia nieruchomości i daje sekretarzowi wszystkie tytuły wykonawcze. Sekretarz bierze te tytuły, przegląda i co widzi: na jednym tytule zajęte krzesła na drugim zajęte krzesła, na trzecim, piątym, dziesiątym itd. wszędzie krzesła, aż wziął do ręki jeden tytuł i potrząsając nim pyta: a ta osoba (nie będę wymieniał nazwiska), to gdzie mieszka? Dąbek zaczął się jąkać, stękać, kręcić i wreszcie mówi, że nie pamięta. Ten rolnik zmarł i obecnie tam nikt nie mieszka, a pole użytkuje ktoś inny, mówi sekretarz, który mieszkał w Skorczowie i znał wszystkich jak własną kieszeń. I wtedy się wydało, że pan Dąbek poszedł sobie nad rzekę Małoszówkę, położył się w cieniu i dokonywał zajęć nieruchomości dłużnikom, a że był piękny letni dzień szło mu to nieźle. Tyle że  rolnicy o tym nie wiedzieli i przełożeni w Gromadzkiej Radzie też. Dąbek jednak był myślący i zajmował wszystkim krzesła, które według niego na pewno są w każdym domu. W sumie dostał niezły wycisk od sekretarza i przewodniczącego, a w teren musiał iść jeszcze raz i powierzoną pracę wykonać rzetelnie. Zresztą długo w Donosach nie pracował, bo gdy ja się zatrudniłem, to już go nie było. To wszystko znam z opowiadania.

Foto2: Rzeka Małoszówka

         Ale to zdarzenie, które opiszę teraz działo się w okresie mojej pracy w Gromadzkiej Radzie w Donosach, mieszczącej się w oficynie dworskiej i dotyczyło bezpośrednio mnie. Piszę o tym dlatego, że młodzi ludzie zaczynając pracę muszą dość długo popracować zanim, że się tak wyrażę nauczą się tej pracy. Moim zdaniem wykształcenie, to jest dopiero połowa sukcesu, a druga połowa to jest doświadczenie. A nawet ośmielę się stwierdzić, że najlepszym nauczycielem jest praktyka, a za nią doświadczenie. Wiele czasu upłynie zanim  człowiek to doświadczenie zdobędzie. Ale do rzeczy. Było to w pierwszych miesiącach mojej pracy. Pewnego pięknego letniego dnia przyszedłem do pracy jak zawsze na godzinę ósmą, a nawet wcześniej, bo lubiłem przyjść zawsze piętnaście minut przed rozpoczęciem pracy, spotkania, zebrania, koncertu, co pozostało mi do dziś. Po przyjściu wyłożyłem dokumenty, te które były mi potrzebne do pracy, na biurko i zacząłem robić to, co zaplanowałem na dzień dzisiejszy. Przyszedł też sekretarz i przewodniczący i tylko tyle w tym dniu nas było. O godzinie dziewiątej sekretarz Wójcik poszedł na naradę do powiatu, a my zostaliśmy z przewodniczącym Gaudynem. Około południa przyszedł do biura rolnik ze Słonowic i poprosił, aby mu wydać zaświadczenie, że jest właścicielem gospodarstwa rolnego. Na zapytanie do czego jest mu ono potrzebne, odpowiedział, że do banku. Popatrzyliśmy na siebie z przewodniczącym i postanowiliśmy to zaświadczenie wydać. W zasadzie zaświadczenia wydawał sekretarz, ale dlaczego obywatel ma odejść nie załatwiony? Wyjąłem rejestr gospodarstw, odszukałem wieś Słonowice, a w niej nazwisko Adamczyk Julian. Tam w odpowiedniej rubryce był wpis o ilości gruntu 2,62 ha. Niech pan usiądzie powiedziałem, a ja postaram się jak najszybciej potrzebne panu zaświadczenie napisać. Na maszynie pisać umiałem, bo nauczyłem się dość szybko. Może nie tak biegle, jak teraz na tym komputerze, którym się w tej chwili posługuję, ale umiałem. I napisałem: Gromadzka Rada Narodowa w Donosach niniejszy zaświadcza, że Ob. Adamczyk Julian zamieszkały w Słonowicach jest właścicielem gruntu rolnego o powierzchni 2,62 ha. Zaświadczenie wydaje się na prośbę petenta, celem przedłożenia w Narodowym Banku Polskim Oddział w Kazimierzy Wielkiej. Przyłożyłem odpowiednie pieczęcie, w tym imienną przewodniczącego, który to złożył swój podpis. Jeszcze tylko opłata skarbowa dwadzieścia złotych i uśmiechnięty Adamczyk podziękował i poszedł. Gdzie poszedł nie wiedziałem, czy do domu, a czy może do banku do Kazimierzy Wielkiej.

          Przed godziną piętnastą wrócił z narady sekretarz Wójcik. Widząc tylko mnie zapytał: sam jesteś, nie ma przewodniczącego? Wyszedł niedawno, ale mówił, że przed trzecią wróci. W tym czasie zapytał mnie, jak minął dzień i czy nic szczególnego nie zaszło. Nie, nic szczególnego, z ważniejszych spraw, to może tylko to, że był Adamczyk ze Słonowic po zaświadczenie i wydaliśmy mu je, spodziewając się od sekretarza pochwały, że człowiek nie poszedł z „kwitkiem”. W tej chwili wrócił przewodniczący Gaudyn i zaciekawiony o czym my tak żywo dyskutujemy, podszedł do nas i zaczął przysłuchiwać się rozmowie. A jakie to zaświadczenie wydaliście? Wypytywał dalej sekretarz Wójcik? A takie proste zaświadczenie, że jest właścicielem pola. W tym czasie wziąłem teczkę z zaświadczeniami i pokazałem mu odpis. Popatrzył, zrobił dziwną minę i powiedział: no i cóż żeście dobrego zrobili. Trzeba iść i to zaświadczenie odebrać, a jak już zaniósł do banku, to trzeba go z banku wycofać. Zrobiło mi się zimno na plecach, a czoło moje pot oblał ze strachu. Co ja takiego źle zrobiłem z tym zaświadczeniem, że tyle awantury. W tym momencie pomyślałem, że to pewno zemsta na mnie za to, że jego córka, która przede mną pracowała w Gromadzkiej Radzie opuściła to stanowisko, na które ja zostałem przyjęty i wogóle przestała pracować. To ja pójdę po to zaświadczenie, tylko nie znam Słonowic, tym bardziej nie wiem gdzie ten Adamczyk mieszka, będzie mi trudno, powiedziałem. Nie ty pójdziesz, tylko ten, kto to zaświadczenie podpisał, powiedział sekretarz. A co tu jest źle? - zapytał przewodniczący Gaudyn. Na to sekretarz: Zdzichu jest młody pracownik, to może nie wiedzieć, ale wy ( per wy zwracał się sekretarz do przewodniczącego) skąd wiecie, że Adamczyk jest właścicielem gruntu?

 

Ciąg dalszy nastąpi

                                                                            Zdzisław Kuliś

 

DROGA  DO  SZKOŁY

 

Tłuste błoto do butów się klei.                         

Trudno je wyciągnąć z rozmokniętej ziemi.     

Powoli dreptaliśmy w tej brei                            

Rozrobionej nogami naszymi.                           

 

Niekiedy buty wodę piły                                         

Przez otwory w nich się znajdujące,                      

Które od starości dziurawe były,

Ledwo się kupy trzymające.

 

Najgorzej jesienią było,

Kiedy błoto prawie nie wysychało.

Po nim się do szkoły chodziło

I w butach się w klasie siedziało.

 

Konie ciągnące wozy załadowane

Niekiedy po brzuchy brnęły.

Mając ogony w węzeł związane

Z trudem ciężar ciągnęły.

 

Bywało, że koń w błoto upadał,

Potykając się, lub z przemęczenia.

Smagany batem wstawał

I wracał do swego przeznaczenia.

 

A kiedy lato nastało,

Ciepło i sucho było

Ludziom płuca zatykało,

Tak się okropnie kurzyło.

 

Od czasu do czasu traktor przejechał

Na wielkich zębatych kołach.

Traktorzysta się uśmiechał,

Gdy wyległa cała szkoła.

 

Samochód przejeżdżał raz w roku

Do tego co traktor P.G.R- u.

Dym z rury unosił się wokół

I był trochę szybszy od roweru.

 

Oto obrazek z ponad pół wieku.

Choć biednie, każdy był wesoły.

Bo nadzieja tkwiła w człowieku

Na lepszą kiedyś drogę do szkoły.

 

Zdzisław Kuliś

Donosy, luty 2013 r.

 

Zdjęcia:

Foto1: Większość dróg po rozmoknięciu zamieniało się w bajora.

Foto2: Rzeka Małoszówka.

Piotr Sosin

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.