czwartek, 14 marzec 2019 17:21

Historia pewnego zegara. Rozdział I. Odcinek 3

Do budynku Gromadzkiej Rady wchodziło się od strony północnej przez ładny, chociaż już nieco pokrzywiony wiekiem czasu ganeczek. Przed wejściem do budynku był dość obszerny plac, a na nim wielkie rondo, wielkością nie mniejsze jak to obecne na skrzyżowaniu głównych ulic w Kazimierzy Wielkiej. Wokoło była dróżka wysypana żużlem z kotłowni cukrowni „Lubna” w Kazimierzy Wielkiej, a na środku wielki, obsadzony kwiatami klomb.

Interesanci, którzy przyjeżdżali furmankami, a może też się trafił jakiś samochód lub traktor z Kółka Rolniczego, wjeżdżali od drogi głównej po prawej stronie, a wyjeżdżali po lewej, jak na normalnym rondzie. Ma się rozumieć, że ten klomb oraz rondo zawsze tak pięknie nie wyglądało. Były wzloty i upadki. Zależało to od gospodarza, a może nawet gospodarzy obiektu.

 Budynek Gromadzkiej Rady

Budynek Gromadzkiej Rady

Na tym dość obszernym placu porośniętym trawą odbywały się wszelkie uroczystości wiejskie i gminne takie jak dożynki i zabawy taneczne. Było to bardzo przytulne miejsce wyglądające jak polana wśród drzew, latem dobrze nasłonecznione, w którym można była znaleźć dużo cienia. Dlatego było to miejsce dość często odwiedzanie przez spacerowiczów w różnym wieku. W ogóle w tym rejonie do dnia dzisiejszego znajduje się duże zadrzewienie różnymi rodzajami drzew, krzewów, a wśród nich rosnące trawy oraz różnego rodzaju zielsko. Ten zadrzewiony teren w Donosach wokół dawnych budynków dworskich stanowi zabytek wpisany w wojewódzkiej księdze zabytków pod nazwą „ Pozostałości parku”. Wśród nich znajdują się też topole posadzone moimi rękami i stanowią one moją żywą pamiątkę.      Otóż w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia był bardzo kładziony nacisk na zadrzewianie każdego wolnego skrawka ziemi, tam gdzie nie można było jej uprawiać. W związku z tym przywożono ze szkółek leśnych w których hodowano sadzonki różnych drzew, młode drzewka do Gromadzkich Rad, które za pomocą sołtysów rozprowadzano bezpłatnie do rolników w celu ich wysadzenia. Rozprowadzanie tych sadzonek nie zawsze odbywało się tak szybko jakby się chciało i jeszcze dość spora sterta ich leżała przed budynkiem niezbyt dobrze zabezpieczona przed wyschnięciem.

Pewnego dnia sekretarz gminy Stanisław Wójcik powiedział do mnie i kolegi Jasia Czarneckiego: chłopaki, wzięlibyście rydel i ze dwadzieścia sadzonek topoli i dla relaksu zasadzili je gdzieś koło stawu. My z radością zabraliśmy się do dzieła, ponieważ lepiej nam odpowiadała piękna słoneczna pogoda, która w tym dniu była, niż siedzenie w starym budynku. Wzięliśmy rydel, który był (a jakże) w malutkim archiwum, na polu odliczyliśmy dwadzieścia sztuk sadzonek i poszliśmy szukać miejsca do ich posadzenia. Pierwsze dziesięć sztuk posadziliśmy nad brzegiem stawu wzdłuż drogi prowadzącej w tym czasie w pola w kierunku wsi Paśmiechy. Drugie dziesięć sztuk posadziliśmy tuż niedaleko na maleńkiej łączce z natury trochę podmokłej, a topole taki grunt lubią. Często chodziłem te topole oglądać i jak na szczęście wszystkie się przyjęły. Sześć z nich rośnie po dziś dzień. Widuję je codziennie, gdyż rosną one w pobliżu mojego domu i są potężne. Dziesięć z nich rosnących nad brzegiem stawu zostało wyciętych parę lat temu. Początkowo zastanawiałem się czy słusznie, ale z biegiem upływu lat doszedłem do wniosku, że słusznie. Były one bardzo duże, grube, wysokie i pochylone w kierunku stawu , co w razie większego wiatru groziło przewróceniem do stawu i wyrwaniem wraz z korzeniami dużej ilości ziemi pozostawiając wyrwany lej i zniszczenie drogi dojazdowej obecnie już do ośmiu zabudowań, których w czasie sadzenia nie było. Ponadto opadające jesienią liście z tak potężnych drzew bardzo zanieczyszczały staw, powodując gnicie, co powodowało choroby ryb zawsze w tym stawie żyjących. Kilka natomiast potężnych topoli zasadzonych na wyżej wspomnianej łączce powaliła burza, która przeszła nad naszą okolicą latem tego roku.  

 

 Ponad pięćdziesięcioletnie topole, część powalona przez wichurę.  

Przy okazji akcji zalesiania wspomnę o jeszcze jednej z wielu akcji. A mianowicie o akcji sadzenia kukurydzy. Za czasów, że tak powiem Chruszczowa I Sekretarza KC KPZR prowadzono akcję ogólnokrajową „sadzenie kukurydzy.” Każdy rolnik był zobowiązany obsiać, stosownie do wielkości swojego gospodarstwa rolnego odpowiedni kawałek pola kukurydzą. W tym celu otrzymywał pismo, coś w rodzaju nakazu z wyliczeniem w arach wielkości pola, które ma obsiać kukurydzą. Na prowadzonych w tym czasie masowych szkoleniach rolniczych uświadamiano rolników jaki to pożytek będzie po zebraniu plonu kukurydzy. Przede wszystkim duża wydajność z jednego hektara, o co notorycznie walczono oraz bardzo duża wartość odżywcza, co pozytywnie przekładało się na hodowlę zwierząt. Ale wdrożenie tego programu szło jak po grudzie przynajmniej na naszym terenie. Rolnicy z niechęcią przyjmowali te zawiadomienia, a uprawiać wcale nie chcieli. Po jakimś czasie trafiło się kilku rolników, którzy posiadali większe gospodarstwa i dla świętego spokoju parę arów uprawiali. I tak mijały lata, aż wreszcie nakłaniania do tej uprawy zaniechano. Kiedy teraz idę lub jadę i widzę na polach cale łany kukurydzy, to dziwię się czemu wtedy jej uprawa szła tak opornie. Czy pomimo tylu szkoleń i zebrań na ten temat, rolnicy nie mieli przekonania, czy może działali w myśl zasady: „na złość mamie, odmrożę sobie uszy”? Podobnie było z hodowlą kur „zielononóżek”.

 Na wstępie przytoczę kilka zdań z portalu nowoczesnego rolnika: „Ze względu na charakterystyczne „galicyjskie” ubarwienie, kury zielononóżki były utrzymywane w polskich gospodarstwach. Posiadanie ich było wyrazem patriotyzmu gospodarza. W okresie międzywojennym, po odzyskaniu niepodległości, zielononóżki kuropatwiane stały się niemal rasą „kultową”- jako „przetrwała” polska rasa. Pierwsze wzmianki o niej pochodzą z czasopisma „Hodowca drobiu”, z artykułu Bronisława Obfidowicza z 1879 r. Kurę tą, na krajowej wystawie we Lwowie w 1894 roku po raz pierwszy wystawiono pod nazwą „zielononóżka”. Kura ta zaliczana jest do rasy ogólnoużytkowej. Osiąga wagę do 2 kilogramów. Charakteryzuje się zielonkawą barwą skoków i kuropatwianym upierzeniem, wytrzymałością na niskie temperatury, dość wysoką nieśnością, posiada dobre cechy mateczne. Doskonale potrafi wykorzystać warunki naturalne. Średnia nieśność zielononóżek określana jest do 180 jaj rocznie o masie 55 – 58 g.”

Tyle cytat, a teraz ja chciałem się podzielić wiadomościami własnymi, obejmującymi okres od lat 60-tych ubiegłego wieku do chwili obecnej na temat występowania w okolicach Proszowic i Kazimierzy Wielkiej kury rasy zielononóżka kuropatwiana.

                                                Zdzisław Kuliś

 ZIELONONÓŻKA

 Co było pierwsze? Jajko czy kura?

Odwieczne spory toczą się o to.

A może kurę stworzyła natura,

By była pożyteczną istotą?

 

A jeśli jajko pierwsze było,

To jak się lęgły kurczęta bez kury?

Których się wiele namnożyło,

Może też było dziełem natury?

 

Jedno jest pewne w tym zamieszaniu,

Że chodzą spać razem z kurami,

A wstają codziennie o świtaniu,

Gdacząc chwalą się zniesionymi jajkami.

 

Aby te jaja dorodne były

Na pulchne, smaczne placuszki,

A kury się dobrze nosiły,

Trzeba hodować zielononóżki.

 

To taka rasa kur specjalna,

Które są dobrze umięśnione.

Ich tusza w zupełności jadalna,

A jaja duże przez nie znoszone.

 

Trzysta jaj rocznie znosi kura owa,

A może nawet ciut więcej.

Do wysiadania kurcząt gotowa,

Gospodarzowi w podzięce.

 

Człowiek od jajek ponoć nie tyje,

Więc się nie martwcie o brzuszki,

Niech każdy co dzień jajko spożyje

Od dorodnej zielononóżki.

 

Zdzisław Kuliś

Donosy, czerwiec 2010 r.                                                                           

 

 

Piotr Sosin

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.