WAŻNE: Nowe zasady dotyczące cookie
W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów na naszej stronie Polityka dotycząca plików "cookies".
soltec

Użytkownicy online

47 gości online
Czekamy na wasze sugestie [email protected], listy [email protected] i zapraszamy do reklamy [email protected]

Galeria gwiazd

Alicja Węgorzewska - Whiskerd: Kocham swoją publiczność

WywiadKultura • Poniedziałek, 15 czerwca 2015, godz. 23:44
Alicja Węgorzewska-Whiskerd - znana śpiewaczka operowa podkreśla, że artysta bez widowni nie istnieje. Sama, jak mówi, każdą publiczność traktuje zawsze tak samo - nieważne czy koncertuje w wytwornej sali w Wiedniu, czy w małej miejscowości. Za każdym razem daje z siebie wszystko.
„Zżera” Panią trema przed występem?

- Zżera może nie, ale mam tremę. Na tym etapie jest to jednak już trema budująca, która pozwala mi skupić się i wyciszyć. Lubię przyjeżdżać do teatru, do garderoby, co najmniej godzinę przed koncertem, by mieć moment na wyciszenie i oderwanie się od rzeczywistości. Chodzi o to, żeby zatrzymać się w tym świecie pełnym stresu i hałasów. Potrzebuję chwili ciszy, by skupić się na tym, co chcę przekazać publiczności. Wówczas właśnie czuję tremę, ale jest to trema, która pozwala mi wejść w świat muzyki.

Kiedyś, jeszcze na studiach, rzeczywiście miałam taką tremę, która mogła być deprymująca. Pamiętam koncerty, które jako studenci dawaliśmy w artystycznych domach seniora. Mieszkali w nich zawodowi muzycy, czyli publiczność dość wymagająca. Te koncerty dawały nam możliwość oswajania się ze sceną i uczyły opanowywać tremę.

Czyli była to taka „zaprawa przed bojem”.

- Dokładnie. Ale proszę zauważyć jedną rzecz. Zawód muzyka jest bardzo podobny do zawodu sportowca, trzeba mieć ogromną samodyscyplinę i determinację, by uprawiać ten zawód. Z prawdziwą zazdrością patrzyłam na Adama Małysza, gdy ten startował jako skoczek. Jeździł z nim psycholog, dietetyk, rehabilitant i każdy z innej strony dbał o to, by ten jeden skok Małysza, który on odda, był najwspanialszy. Tymczasem muzycy nie mają takiej pomocy jak sportowcy, dlatego sami muszą sobie radzić ze wszystkim.

Jaka jest Pani ulubiona rola operowa?

- Pewnie wszyscy pomyślą, że Carmen, ponieważ Carmen jest absolutnie ukochaną rolą każdego mezzosopranu. Powiem Pani jednak, że taką rolą, która najbardziej zapadła mi w serce, jest rola Santuzzy w operze „Cavalleria rusticana” („Rycerskość wieśniacza”) Pietro Mascagniego. To jest piękna tragiczna rola zdradzonej małżonki. Czasem śpiewają ją soprany dramatyczne, czasem mezzosoprany.

Czy ta rola jest też najbardziej wymagającą?

- Chyba najbardziej wymagającą dla mnie była rola w „Kawalerze Srebrnej Róży” Richarda Straussa, gdzie wcieliłam się w główną postać – Oktawiana. Cztery godziny śpiewania po niemiecku, żadnej arii, trudne podziały metryczne i intonacyjne - to bardzo trudna opera. Za każdym razem, gdy ponownie wchodziłam na scenę, wszystkiego uczyłam się na nowo. I naprawdę, kiedy opera się skończyła, odetchnęłam z ulgą, że już po wszystkim.

Często wciela się Pani w męskie postacie, jak właśnie w przypadku „Kawalera Srebrnej Róży”. To pewnie trudne - dla kobiety - śpiewać role mężczyzn.

- To już jest historycznie uwarunkowane, że mezzosoprany często śpiewają role męskie. Owszem, początkowo było to dla mnie dość trudne, musiałam nauczyć się odpowiednio chodzić. Ścięłam nawet włosy na krótko, gdy śpiewałam rolę Orfeusza, który wyrywa z otchłani śmierci swoją żonę Eurydykę.

Myślę, że dość dobrze radzę sobie z tymi rolami. Jak w Teatrze Narodowym w Warszawie śpiewałam Siebla w „Fauście”, w reżyserii Roberta Wilsona, to byłam przebrana nie za nastolatka, który „ślini się” na widok dojrzałej kobiety, Małgorzaty, ale byłam ubrana w stalowy garnitur, a na głowie miałam łysinę. Podczas występu, w pewnym momencie moja mama spytała mojego męża: „Kiedy Ala będzie śpiewać?” On na to: „Już śpiewała”. Skoro własna matka mnie nie rozpoznała, to musiałam dość dobrze wyglądać (śmiech).

Z kolei w „Kawalerze Srebrnej Róży” gram Oktawiana, który przebiera się za kobietę, by potem znów wrócić do roli mężczyzny. Śmieję się, że pod koniec opery to już w ogóle tracę tożsamość i nie wiem kim jestem :)

Jakie jest Pani największe marzenie związane z pracą artystyczną?

- Oczywiście na początku kariery każdy planuje, co chciałby osiągnąć, ale życie biegnie i priorytety się zmieniają. W tym momencie ja osobiście chciałabym myśleć, że moja kariera idzie w górę, cały czas się wznosi. Nie są to już konkretne adresy, bardziej cieszy mnie to, że mój głos jest w dobrej kondycji, że cały czas występuję. Cieszę się, że poprzez media udało mi się zaistnieć dla szerszej publiczności. Niezwykle miłe jest codzienne obcowanie ze swoją widownią. Publiczność jest dla mnie zawsze taka sama, nieważne czy występuję w Wiedniu, czy w małej miejscowości, zawsze traktuję widownię tak samo. Moim marzeniem są kolejne koncerty, kolejne płyty.

Była Pani jurorką w „Bitwie na głosy”. Jak się Pani czuła w tej roli?

- Mogłoby się wydawać, że najłatwiej jest oceniać innych. Tymczasem jest to najtrudniejsze zadanie. Młodzież, która występowała, w pewnym momencie potraktowała mnie w sposób przepiękny - zaczęłam dostawać od tych młodych ludzi wiadomości na Facebooku, płyty z prośbą o przesłuchanie, prośby o rady odnośnie ich kariery. To było bardzo miłe.

Niestety, w programach typu talent show, gdy gasną światła, show się kończy. To mnie trochę bolało, że przecież jest tylu młodych ludzi, którzy mogliby być instruktorami, mogliby innych zarażać pasją do muzyki, ale nie mają takiej możliwości. Żadnego wsparcia.

Od 2008 roku prowadzi Pani Fundację StartSmart, wspierającą edukację artystyczną dzieci. A co Pani sądzi o nauce muzyki w polskich szkołach?

- Na pewno boli mnie to, że tak mało osób zauważa, jak muzyka potrafi edukować. Wystarczy spojrzeć na zajęcia z muzykoterapii - jeśli słuchamy określonego typu muzyki, ona wyzwala określone emocje. Tu nie ma oszustwa - smutna muzyka budzi smutne emocje, a radosna - wesołe. W polskich szkołach, niestety, jest tylko jedna godzina muzyko-plastyki w tygodniu, czasem prowadzona przez nauczyciela, który niezbyt dobrze zna się na jednym, jak i na drugim. A dziecięca publiczność jest najbardziej wymagająca - od razu to zauważa i nie udaje, natychmiast reaguje czystą prawdą na to, co jej się zaoferuje. Ma to też później konsekwencje. Jeśli zajęcia artystyczne są prowadzone byle jak w szkole, w dodatku przez kogoś, kto się na tym nie zna, to potem trudno się dziwić, że sale koncertowe, których teraz tyle budujemy ze środków unijnych, świecą pustkami. Nikt nie zaszczepia bowiem w młodych ludziach miłości do muzyki. Teraz, skoro sale już mamy, powinniśmy zadbać o edukację dzieci.

Jaka jest na co dzień Alicja Węgorzewska?

- Cha, cha, cha :) Staram się żartować, zawsze mieć dobry humor. Lubię gotować dla swoich przyjaciół, siadać z nimi przy stole, wieść długie rozmowy, ciekawe dyskusje. Lubię czytać dużo książek - zwykle czytam po kilka jednocześnie. Przy łóżku zawsze mam pozaczynanych kilka i sięgam po nie w zależności od nastroju. Staram się też regularnie chodzić do teatru, czy na ciekawe koncerty. Myślę, że na co dzień żyję jak każdy :)

Kiedyś moja znajoma, która na co dzień występowała w zespole pieśni i tańca, powiedziała, że marzy o tym, by sylwestra, albo inny świąteczny wieczór, przesiedzieć przed telewizorem w kapciach, a nie stroić się do pracy. Tak jest też w Pani przypadku?

- Długa suknia nie kojarzy mi się z balem, a walizka z wakacjami. Kiedyś kupowałam suknię sceniczną, a akurat był okres karnawałowy. Gdy wyszłam z garderoby, sprzedawczyni w sklepie powiedziała: „Jak pięknie pani wygląda, będzie pani królową balu”. A ja na to: „Jakiego balu? Ja do pracy sukni potrzebuję”. Trochę tak jest, że to, co dla kogoś jest odświętne, dla mnie jest narzędziem pracy. Całkiem rozumiem osoby, które chcą posiedzieć w dresie przed telewizorem.

Ale ja kocham występować i kocham swoją publiczność. Artysta bez publiczności nie istnieje. Na pewno każdy koncert sprawia mi ogromną radość. Czasem dołączam do repertuaru operowego jakąś lżejszą muzykę, na przykład musicalową, a wtedy atmosfera koncertu migruje w bardzo dużą zażyłość z publicznością.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek
Dodał(-a) RedTech [inne wiadomości], czytane 4773 razy

Galeria

Komentarze

Linki

---------- R E K L A M A ----------
Drukarnia Kraków

Chmurka wyszukiwaczki

gruszka, inicjatywy, Mirosława Dudyńska, Jak to było z Dębicą, godziny otwarcia, wykład w bursie, jaskinia, suszec, staże, lidia, dorota radym, tour, Artykuły, 100 urodziny, świnna poręba, garlicki, Paweł Góralczyk, 59. Konkurs Palm Wielkanocnych, kirowskie, światowe, marsz dla, GROT, kbs, dofinansowanie, RakuFilm, Większe zniżki, inicjatywa, Świąteczne kursy MZK, 30.08.2014, Stanisław P, Skarbowy w Wieliczce, a 4, pttk, remaks, Wpadły na,

Wiadomości polecamy

Projekt i realizacja CyfraNet.pl