WAŻNE: Nowe zasady dotyczące cookie
W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów na naszej stronie Polityka dotycząca plików "cookies".
superdrzwi

Użytkownicy online

47 gości online
Czekamy na wasze sugestie [email protected], listy [email protected] i zapraszamy do reklamy [email protected]

Galeria gwiazd

Anita Lipnicka: Nie lubię oglądać się za siebie

WywiadKultura • Piątek, 14 listopada 2014, godz. 19:11
Anita Lipnicka najchętniej co dwa lata nagrywałaby zupełnie inną od poprzedniej płytę. Jak mówi, teraz wystawia „radar”, który pokieruje ją w kolejną twórczą uliczkę. Właśnie odebrała z renowacji stuletni fortepian i ma nadzieję, że w wiekowym instrumencie jest jeszcze dużo piosenek do odkrycia.
O czym marzyła mała Anita?

– O byciu malarką. Potem poetką. W końcu skończyło się na śpiewaniu.

Jak trafiła Pani na scenę?

– Już na większości zdjęć z dzieciństwa jestem na jakiejś scenie, z mikrofonem w ręku. Na imprezach choinkowych w zakładzie pracy taty, potem podczas rozmaitych uroczystości szkolnych. Chodziłam do podstawówki o profilu sportowym, ale na wszystkie wyjazdy, turnieje międzyszkolne, zabierałam ze sobą gitarę. W liceum wkręciłam się w poezję śpiewaną, byłam totalnie zauroczona piosenkami do tekstów Stachury, Ziemianina. Zaczęłam sama brać udział w różnego rodzaju przeglądach. Mój pierwszy zespół, w zasadzie duet, nazywał się „Herbata Stygnie”. Nigdy nie zdobyliśmy żadnej nagrody. Gdy miałam 16/17 lat, przerzuciłam się z poezji na mrocznego rocka, zgoliłam włosy na krótko, długie spódnice i zamszowe buty zamieniłam na podarte jeansy i czarne glany.

Mało kto wie, że jeszcze jako nastolatka występowała Pani z Grupą Rafała Kmity. Jak wspomina Pani grane wtedy przedstawienia?

– A, tak. To była moja „faza” teatralno-kabaretowa. Do grupy Kmity trafiłam przez mojego starszego brata Arka. On był wtedy już związany z Krakowem, studiował na Akademii Muzycznej. Dołączyłam do prób aktorów na zasadzie zastępcy - dziewczyna, która miała z nimi występować, zrezygnowała w ostatniej chwili. I jakoś tak wyszło, że zostałam. Przygotowywaliśmy program „Głusi jak pień” i wygraliśmy nim PAKĘ. Potem odeszłam z kabaretu. Wiedziałam, że to nie do końca moje miejsce.

Wspomniała Pani kiedyś w jednym z wywiadów, że w Pani życiu są na przemian dwie fazy - odtwórcza i twórcza. W pierwszej są koncerty, wyjazdy, zaś w drugiej czas na tworzenie. Można w ogóle mówić o „blaskach” i „cieniach” jednej i drugiej?

– Faza „twórcza” to gorączkowy okres. Pora oddawania tego, czym nasiąkałam przez ostatnie miesiące, czasami lata. Chodzę wtedy jakby nieobecna, całą energię, siłę, wkładam w kompletowanie materiału do kolejnej płyty... To jest okupione nieprzespanymi nocami i całą masą leków towarzyszących tworzeniu - koszmar pustej kartki, czy ja coś jeszcze mam do powiedzenia? Lęk przed instrumentem - czy potrafię znaleźć, złapać jakąś melodię, ciekawe rozwiązanie muzyczne, by oprawić w nie moje słowa?

Natomiast faza „odtwórcza” to cały ten okres między płytami, kiedy koncertuję, udzielam wywiadów, wychodzę do ludzi z tym, co stworzyłam wcześniej. I tu też bywa ciężko, bo nigdy nie wiesz, jak płyta zostanie przyjęta, jak będzie przyjęta na koncertach. Generalnie mój zawód to pasmo nieustających cierpień, ha, ha!

A na którą fazę przyszedł teraz czas? Czy po wydaniu „Vena amoris” pracuje Pani już nad kolejną solową płytą?

– Ta płyta wyczerpała mnie energetycznie. Długo się z niej podnosiłam. Minął rok od jej wydania, a ja w tym czasie nie podejmowałam jeszcze żadnych prób pisania czegoś nowego. Dużo czytam, słucham muzyki, która mnie inspiruje. Wystawiam „radar”, który, mam nadzieję, pokieruje mnie w kolejną twórczą uliczkę, jaką warto będzie odwiedzić. Dzisiaj odbieram z renowacji ponad 100-letni fortepian, który zakupiłam kilka miesięcy temu. Liczę, że w nim jest dużo piosenek do odkrycia.

Podobno często pracuje Pani w samochodzie. Musi być Pani pewnie bardzo dobrym kierowcą, by jednocześnie skupić się na jeździe i wymyślać muzykę, słowa... Nie zdarzyło się Pani „zagapić” na drodze? :)

– Nie jestem specjalnie dobra w prowadzeniu auta. To znaczy jeżdżę raczej zgodnie z przepisami, nie szarżuję. Całe życie miałam kiepskie oczy, więc to nie zachęca do brawury na drodze. W związku z tym mam dużo czasu do myślenia w samochodzie. Najbardziej lubię stać w korkach. Czuję, że jest to czas usprawiedliwiony - i tak nie mogę być wtedy nigdzie indziej, więc mam chwilę na swobodną zadumę.

Skąd czerpie Pani inspiracje?

– Z życia. Z własnych doświadczeń, z obserwacji, z filmów, książek, płyt, które na mnie działają.

A zdarza się Pani czasem wracać do swoich starszych utworów i samej oceniać swoje dokonania?

– Nie lubię oglądać się za siebie. Najchętniej co dwa lata nagrywałabym zupełnie inną od poprzedniej płytę, z innym zestawem muzyków, kolorów, brzmień. I to jest w pewnym sensie moje przekleństwo, że największą popularność w swojej karierze zdobyłam bardzo wcześnie, śpiewając rzeczy bardzo komercyjne. Część ludzi wciąż mnie kojarzy z zespołem Varius Manx i najchętniej widzieliby mnie śpiewającą wciąż tamte przebije. Tymczasem ja już dawno z nich wyrosłam, nie jestem już tamtą 19-/20-latką. Mam co innego w głowie, jestem w innym miejscu, i jako człowiek, i jako artystka. Nie wyobrażam sobie tkwić w przeszłości, bo to jest przecież niemożliwe. Wiele rzeczy, które nagrałam kiedyś, oceniam jako dobre. Ale jest też sporo nieudanych piosenek, naiwnych, żeby nie powiedzieć - infantylnych tekstów. Ale taka byłam wtedy.

Jak ewoluował Pani gust muzyczny? Czyją muzyką zachwycała się Pani 20 lat temu, a czyją teraz?

– Moja płytoteka od tamtej pory zmieniła się całkowicie. Jedyne nazwiska, które są ze mną przez te wszystkie lata to Bob Dylan, Leonard Cohen czy Joni Michel. Ale to są klasyki. Inne albumy, których słuchałam przed dwudziestu laty, wyrzuciłam albo rozdałam. Trudno mi teraz wymieniać wszystkich, którzy mnie obecnie inspirują. Ale jest pewna tendencja - w miarę upływu lat, zdecydowanie skłaniam się ku rzeczom coraz bardziej autorskim, minimalistycznym, niekonwencjonalnym w brzmieniu. To są płyty, piosenki, które rzadko można usłyszeć w radio. Często moi idole mają mniej lajków na Facebooku niż ja, ale są postaciami kultowymi w pewnych kręgach i, w przeciwieństwie do mnie, grają koncerty na całym świecie.

Od lat związana jest Pani nie tylko artystycznie, ale i prywatnie z Johnem Porterem. Zdradzi Pani naszym Czytelnikom, jak się poznaliście?

– Poznaliśmy się 13 lat temu, oboje znajdowaliśmy się wtedy na życiowych i karierowych zakrętach. On był nieco przykurzoną legendą polskiego rocka, ja ikoną popu lat 90-tych. On Walijczyk, ja Polka - między nami 25 lat różnicy wieku. To wszystko okazało się jednak nieistotne w obliczu wzajemnej fascynacji. Okazało się, że mamy ze sobą więcej wspólnego, niż można by się było spodziewać. Nasza podróż przez życie trwa już ponad dekadę, dla mnie to najcenniejsza dekada póki co, najbardziej wartościowa pod względem twórczym i życiowym ogólnie.

Czy jako zapracowana mama-artystka angażuje się Pani też w życie szkoły, do której uczęszcza Pani córeczka?

– W ubiegłym roku byłam chyba najbardziej aktywnie biorącą udział w życiu klasy mamą. Doszłam do wniosku, że chyba staram się za bardzo. Może żeby pokazać, że nie gryzę, ani nie świecę niczym gwiazda. Jestem normalną „ciocią”. Ten rok zaczęłam od organizacji integracyjnego pikniku na wsi dla rodzin naszych uczniów. Dzieci skakały na sianie, poznawały życie hodowlanych zwierząt, tatusiowie grali w piłkę, mamy plotkowały, potem wspólne ognisko i pieczenie kiełbasek. Pola ma zgraną klasę, tylko czternaścioro uczniów, dzieci często się odwiedzają i bardzo są ze sobą związane. Rodzice też fajni. Dajemy radę.

Dziękuję za rozmowę :)

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek

Fot. Anna Włoch
Dodał(-a) RedTech [inne wiadomości], czytane 7303 razy

Galeria

Komentarze

Linki

---------- R E K L A M A ----------
Drukarnia Kraków

Chmurka wyszukiwaczki

bicie rekordu, internet na rynku, Stanisław Mierzwa, Rychlik, chudoba, mateusz cebula, różyński, omega, Okiem Samorządowca, Krakowskie Przedmieście, kurka, zakłady mięsne, oświata, gaz, Badanie wzroku, OSTRA JAZDA, jakub kwaśny, molestowanie, Koniusza, archeolog, Plan, ARiMR, boisko, orkiestra, gimnazjum, rekrutacja do przedszkoli, Racławice, Podpalała stogi słomy, Romów, Marcin Kowalski, KUSNIERZ, HOTEL, sosin, kulkowo, kot,

Wiadomości polecamy

Projekt i realizacja CyfraNet.pl