WAŻNE: Nowe zasady dotyczące cookie
W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów na naszej stronie Polityka dotycząca plików "cookies".
KRAINA KOLORÓW

Użytkownicy online

37 gości online
Czekamy na wasze sugestie [email protected], listy [email protected] i zapraszamy do reklamy [email protected]

Galeria gwiazd

Anna Treter: Siłą wyciągnęli mnie na pierwszą próbę

WywiadKultura • Piątek, 8 siepnia 2014, godz. 20:07
Anna Treter już jako kilkulatka zagrała na fortepianie w Filharmonii Kieleckiej. W szkole średniej prowadziła wszystkie akademie. Na studiach natomiast przypadkiem trafiła do Kabaretu Pod Budą, gdzie początkowo tylko akompaniowała artystom, z czasem zaczęła też śpiewać, a już w Zespole Pod Budą - pisać własne utwory. Dziś, prowadząc Fundację Piosenkarnia, pomaga młodym artystom, którzy mają coś do powiedzenia, tworzą swoje oryginalne teksty i kompozycje.
Najmilsze wspomnienie z dzieciństwa...?

- Oczywiście pierwsze kontakty z muzyką. Gdy miałam pięć lat, nie mogłam jeszcze chodzić do szkoły muzycznej, więc uczęszczałam do ogniska. Gra na fortepianie dawała mi ogromną radość. Pamiętam swój pierwszy popis w ognisku muzycznym i występ w Filharmonii Kieleckiej. Byłam tak mała, że gdy grałam, nie dostawałam nogami z krzesła do podłogi. Oczywiście wszystkie te występy były powiązane z pewnym strachem, dziecięcym stresem, ale myślę, że to właśnie wtedy zaczęła się moja miłość do muzyki i muzykowania.

Miłość, która trwa nieprzerwanie...

- Tak, nieprzerwanie. Kończyłam kolejne etapy szkół muzycznych. Pochodzę z Kielc i w czasach, kiedy byłam w wieku szkolnym, nie było tam szkoły muzycznej, która jednocześnie kształciłaby i muzycznie, i w przedmiotach ogólnych. Musiałam chodzić do dwóch szkół jednocześnie. W podstawowej szkole - równolegle do ogniska muzycznego, a w szkole średniej - do muzycznej II stopnia. Skończyłam klasę fortepianu, ale w trakcie nauki w szkole muzycznej zaczęłam się też uczyć śpiewu. Był to jednak śpiew operowy, z którego później musiałam się „leczyć”.

„Leczyć”...

- Kiedy się okazało, że moja droga muzyczna szykuje się całkiem inaczej niż sobie to na początku obmyśliłam, musiałam „leczyć się” ze śpiewu operowego, ponieważ polega on na pewnej specyficznej manierze. W balladach czy też poetyckich piosenkach, które stały się z czasem moją domeną, ta maniera zaczęła mi przeszkadzać.

Trudno było się jej pozbyć?

- Dosyć trudno. To jest zupełnie inna artykulacja, inne ustawienie gardła. Na szczęście ja nie byłam jeszcze tak bardzo ukształtowana, żeby się nie móc z tej maniery wydobyć. Uczyłam się śpiewać zaledwie kilka lat.

Nie chciała Pani śpiewać w operze?

- Zdawałam do Wyższej Szkoły Muzycznej w Łodzi na wydział wokalno-aktorski, ale nie dostałam się. Było bardzo trudno. Wtedy tworzono tzw. klasy operowe i na dany rodzaj głosu było tylko jedno miejsce. Ja wówczas śpiewałam sopranem, w co dziś może trudno uwierzyć, i była inna, lepsza ode mnie kandydatka na to miejsce. Poznałam w czasie egzaminów Kazimierza Kowalskiego, który się dostał i skończył śpiew, a z którym do dziś jesteśmy dobrymi kolegami.

Myślę, że moja droga życiowa miała wyglądać inaczej. Mogę dziś powiedzieć, że jestem szczęśliwa, że się wtedy nie dostałam do klasy operowej. Myślę, że nie sprostałabym wymogom, bardzo wysokim, stawianym artystom operowym. Inaczej potoczyłoby się także moje życie - nie trafiłabym do Kabaretu Pod Budą, nie poznałabym tam mojego przyszłego męża Jana Hnatowicza, nie poznałabym też Andrzeja Sikorowskiego.

A jak właściwie trafiła Pani do Kabaretu Pod Budą?

- Zupełnie przypadkowo. Jako studentka pierwszego roku, jak co tydzień jechałam pociągiem z Kielc do Krakowa. Tak to było, że jak się wybyło z domu na studia, to się co tydzień jeździło do rodziców po różne rzeczy - głównie po prowiant i mały zasób gotóweczki :)

Koleżanka ze szkoły muzycznej poznała mnie w tymże pociągu ze swoim kumplem, który okazał się być członkiem Kabaretu Pod Budą. Zaproponował mojej koleżance, by przyszła do kabaretu akompaniować aktorom, ponieważ właśnie ktoś, kto do tej pory tym się zajmował, skończył studia i musiał wyjechać z Krakowa. Moja koleżanka świetnie grała na pianinie, ale nie czuła się na siłach, by grać muzykę popową, rozpracowywać harmoniczne piosenki, akompaniować komuś, natomiast ja w zasadzie przez całe liceum wymyślałam i opracowywałam muzycznie szkolne akademie, prowadziłam kabaret, komponowałam piosenki. Ta koleżanka, Justyna, powiedziała zatem swojemu koledze, wskazując na mnie, że tutaj siedzi właśnie ta osoba, której szuka.

Byłam wtedy na pierwszym roku i byłam bardzo pilną studentką. Po pierwszym roku dostałam nawet nagrodę rektorską za wyniki w nauce, choć właściwie tej ekonomii, którą studiowałam, wcale nie lubiłam. Nie chciałam się początkowo zgodzić, by zacząć współpracę z kabaretem, bo wiedziałam, czym to grozi. Właściwie to trochę mnie przymusili, siłą wyciągnęli mnie na pierwszą próbę.

Pamięta Pani, jak ta próba wyglądała?

- Bohdan Smoleń, szef Kabaretu Pod Budą powiedział do mnie: „Siadaj, ja będę śpiewał, a ty graj”. Proszę się postawić w mojej sytuacji, kiedy nie wiem, co on zaśpiewa, w jakiej tonacji, co to za utwór (śmiech). Ale to był na szczęście tylko taki lekki żart :) Potem się okazało, że jednak sobie radzę, że jestem w stanie sprostać wymaganiom.

W ten sposób znalazłam się w kabarecie jako pianistka. Przez długi czas akompaniowałam aktorom - do momentu, kiedy się wydało, że potrafię śpiewać. Po dobrych dwóch latach współpracy zaczęło się moje śpiewanie w kabarecie. Najpierw sama sobie akompaniowałam na fortepianie, później zespół się rozszerzył - do składu doszły skrzypce i gitara, po trzech latach dołączył do nas Andrzej Sikorowski, który zasilił nas także tekstowo. Mój mąż, Jan Hnatowicz, od początku natomiast komponował muzykę. Była to muzyka do poetyckich tekstów pisanych specjalnie dla nas (Kabaret Pod Budą był wówczas bardzo popularny), ale też do wierszy znanych poetów. Zdobywaliśmy jako kabaret liczne nagrody, np. dwukrotnie na Festiwalu Piosenki Studenckiej, który do dziś jest bardzo ważnym festiwalem dla tego środowiska. W 1977 roku, wyjazdem na Famę, zaczęła się już działalność Zespołu Pod Budą, który istnieje i działa do tej pory. A ja w nim nadal śpiewam i gram.

Stosunkowo niedawno, bo jakieś 12 lat temu, zaczęłam pisać własne teksty. Taki przypływ natchnienia. Założyłam zespół, z którym nagrywam płyty solowe, gram autorskie recitale i realizuję różne inne muzyczne marzenia.

Była Pani zadowolona z tych pierwszych utworów?

- Oczywiście, ale jednocześnie byłam bardzo skrępowana, że muszę je publicznie zaprezentować. Właściwie to był jednak powrót do tego, co robiłam w liceum i w pierwszych latach studiów - do pisania. Zawsze starałam się coś pisać, ale twierdziłam, że robię to na tyle amatorsko, że nie warto tego upubliczniać. Po latach ponownie chciałam opisać świat, widziany już oczyma dojrzałej kobiety. I tak się to zaczęło. Na szczęście trwa do dzisiaj i sprawia mi bardzo dużo radości.

Jakie tematy najchętniej Pani porusza w swoich tekstach?

- W tej chwili mam już na koncie cztery solowe płyty. Jedna z nich jest koncertowa, ale trzy to płyty z absolutnie premierowym materiałem. Wiele tekstów napisałam sama. Stale interesuje mnie człowiek - to, co się dzieje z nami, między nami, wokół nas. Bardzo frapują i emocjonują mnie ludzkie uczucia, stosunki międzyludzkie. Stale i niezmiennie jest o czym mówić, i jest do czego wracać.

Prowadzi Pani też Fundację Piosenkarnia. Jak powstała?

- Przychodzi taki moment, że człowiek chce oddać innym cząstkę tego, co udało mu się w życiu zrobić. Uważam, że ogromnym moim szczęściem jest to, że nie zostałam jednak ekonomistką, że mogłam sobie pozwolić na to, by przez całe życie utrzymywać się z muzyki i to całkiem nieźle. Zespół Pod Budą jest do dziś bardzo popularny. Moje solowe koncerty też cieszą się powodzeniem. Odczuwam za to ogromną wdzięczność wobec losu.

Postanowiłam więc podzielić się swoimi doświadczeniami z młodymi muzykami. Zaczęło się od spotkań w krakowskim klubie, gdzie przychodziła młodzież, debiutanci, początkujący artyści, którzy mogli poznać się ze sobą, wymienić doświadczeniami, wystąpić przed publicznością. Dodatkowo stwarzałam im też możliwość spotkania z gwiazdami większego formatu. Wykorzystywałam moje prywatne znajomości z ludźmi z estrady i sceny. Młodzi artyści, którzy tam przychodzili, zakładali później własne zespoły. To była bardzo fajna rzecz. Niestety w którymś momencie nawet te skromne środki, których potrzebowałam na organizację takich spotkań, przestały do nas docierać, więc musiałam zrezygnować. Pomyślałam jednak, że szkoda byłoby całkowicie zatracić tak dobrze rozpoczętą działalność. Założyłam więc „Fundację Piosenkarnia Anny Treter” i bardzo sobie chwalę ten moment. To był 2007 rok, fundacja istnieje więc już dobrych parę lat.

Wykreowałam „Festiwal Twórczości Korowód” w Krakowie, który odbywa się co roku w listopadzie. Jedną z jego zasadniczych części jest konkurs młodych talentów, który jest adresowany do artystów, zespołów, które mają coś do powiedzenia, mówią albo własnym tekstem, albo własnymi kompozycjami, albo czymś oryginalnym. Nie chodzi o typowych odtwórców. Tym się ten festiwal różni od innych. I z tego jestem bardzo dumna. Festiwal to także recitale wspaniałych wykonawców i koncerty galowe poświęcone wybitnym twórcom. To działalność, która mnie bardzo cieszy i satysfakcjonuje, bo rozwijam się także jako autorka scenariuszy, organizatorka, pomysłodawczyni ciekawych audycji telewizyjnych i radiowych.

Gdy znajdzie Pani chwilę tylko dla siebie, na co ją Pani poświęca?

- Na wypoczynek, najogólniej pojęty. Bardzo lubię pływać. Jak się nam udaje z mężem wygospodarować choćby tydzień, to staramy się wyjechać nad ciepłe morze. Ja to po prostu kocham! Pierwsze moje piosenki powstały w Chorwacji nad morzem. Ten spokój, samo to, że widzę horyzont, zachodzące słońce, słyszę szum morza... - to uspokaja moje myśli, daje mi moment wyciszenia i rzeczywistą inspirację do dalszej pracy.

Dziękuję za rozmowę :)

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek

Fot. www.annatreter.pl
Dodał(-a) RedTech [inne wiadomości], czytane 7050 razy

Galeria

Komentarze

Linki

---------- R E K L A M A ----------
RZEZAWA 2

Chmurka wyszukiwaczki

Komu w drogę?, łysoń, park krakowski, Lekarze, ewa korpanty, jaworzno, Niedziela Palmowa, Kramarczyk, bieg niepodległości, skalin, soła, dzień godności, pralnia, rajd, jamy, Kałwa, kradzież pieniedzy, clif, księdza, Borzęcin, zapasy, henryk pomykalski, dopalaczy, werner kenkel, Brzostek, Gdzie można składać wniosek, Krystyna wróbel, jachówka, silesiaman, Radomski, gmina krzeszowice, zamek, Kraków biegową stolicą Polski!, schronisko, ochotnica,

Wiadomości polecamy

Projekt i realizacja CyfraNet.pl