WAŻNE: Nowe zasady dotyczące cookie
W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów na naszej stronie Polityka dotycząca plików "cookies".
WERNER KENKEL

Użytkownicy online

46 gości online
Czekamy na wasze sugestie [email protected], listy [email protected] i zapraszamy do reklamy [email protected]

Galeria gwiazd

Katarzyna Groniec: Boso zasuwam

WywiadKultura • Środa, 7 maja 2014, godz. 13:19
Katarzyna Groniec zadebiutowała jako półtoraroczne dziecko na Komunii siostry - ku ogólnej konsternacji „Mazurkiem Dąbrowskiego”. Potem zajmowała się śpiewaniem piosenek, nawet kiedy błagano ją, żeby przestała...
Niedawno wydała Pani płytę „Wiszące Ogrody”. Czy to początek całkiem nowego rozdziału?

- Poprzedni album „Pin-up Princess” był w pewnym sensie podsumowaniem, ponieważ powstawał w szczególnym dla mnie czasie, kiedy docierałam do czterdziestki. Wtedy wydawało mi się, że pewne historie, które tam opowiadam, które mi się przytrafiły, predysponują do tego, żeby mówić o nim jak o podsumowaniu.

Płyta „Wiszące Ogrody” jest zupełnie inna. To piosenki, z którymi obcuję od przeszło 20 lat, z którymi dorastałam. To piosenki klasyków, takich jak: Paolo Conte, Jacques Brel, Bertolt Brecht, Kurt Weill, Nick Cave. Historia tej płyty jest inna. Właściwie to miała nie powstać. Chciałam tylko z tymi utworami przygotować koncert na Przegląd Piosenki Aktorskiej w marcu 2013. Na koncercie miało się zakończyć. W miarę mijającego czasu okazało się jednak, że grając ten materiał w różnych miastach, ludzie pytają o piosenki, które przed chwilą usłyszeli, chcą wiedzieć, na których moich płytach się znajdują.

Wtedy postanowiłam, że wejdziemy do studia i nagramy wersję studyjną „Wiszących Ogrodów”, ale w tych samych koncertowych aranżacjach, bez dodatkowego instrumentarium. I tak rok po premierze koncertu „Wiszące Ogrody”, wyszła płyta pod tym samym tytułem. Z takim sporym poślizgiem.

Ma już Pani pomysł na kolejną płytę?

- Tak, jak wspomniałam, „Wiszące Ogrody” miały roczny poślizg, więc w tym czasie już zdążyłam rozpocząć pracę nad autorską płytą, która, mam nadzieję, pojawi się w przyszłym roku. Materiał nie jest jeszcze klarowny, więc żeby móc cokolwiek o nim więcej powiedzieć, musi minąć jeszcze przynajmniej kilka tygodni.

Ma Pani swoje ulubione miejsca koncertów?

- Nie mam takich miejsc. Poszczególne miejsca kojarzą mi się z tym, czy koncert był dobry, czy nie. Pamiętam skrajne sytuacje - albo fantastyczny koncert, który „uchylał nam nieba”, albo taki, gdy nikt nie radził sobie z aurą wokół. To nie miejsce robi atmosferę, tylko ludzie.

Dzieciństwo - jaki obraz to słowo przywołuje?

- Pierwsza przychodzi mi na myśl piaskownica, ale nie taka, o jakiej każdy by w tym momencie pomyślał. Ta była dość specyficzna. Moi rodzice budowali dom, więc wokół była wielka hałda piasku, na której się bawiliśmy. Tata ciągle nas strofował, że nie można go rozrzucać, bo ten piasek jest potrzebny. Mimo to siedzieliśmy godzinami na tej górze piachu i na jej szczycie budowaliśmy gigantyczne zamki.

Pierwszy raz dla publiczności zaśpiewała Pani w dzieciństwie.

- Tak. Swój pierwszy solowy występ zaliczyłam na Komunii mojej siostry. Miałam wtedy półtora roku i zaśpiewałam Hymn Polski. Tato wcześniej zaczął uczyć mnie patriotycznych pieśni, jako kilkulatek umiałam wszystkie i chętnie je śpiewałam. Na tej rodzinnej imprezie zaprezentowałam, co potrafię. Nie miałam jeszcze zbyt szerokiego repertuaru, gdyby tak było wybrałabym coś bardziej pasującego do okazji, ale cóż... nie udało się :)

Późniejsza nauka gry na instrumencie to Pani własna inicjatywa, czy rodziców?

- Rodzice do niczego mnie nie przymuszali. Ponieważ bardzo wcześnie lubiłam zajmować się muzyką, rodzice starali się mi to ułatwić. Decyzję, by pójść do szkoły muzycznej podjęłam dość późno, dopiero jako 15-latka, ale wcześniej było ognisko muzyczne i prywatne lekcje. Od pierwszej klasy szkoły podstawowej chodziłam na lekcje gry na mandolinie. Z łezką w oku wspominam te czasy. Miałam cudownego nauczyciela muzyki. Nazywał się Adam Michaliszyn. Gdy miał między lekcjami w szkole „okienko”, to uczył mnie grać. Była to radziecka mandolina, przez którą krwawiły mi palce. Progi były wysokie, więc dla 7-letniego dziecka dociskanie ich było bardzo trudne. Ale byłam uparta i na tej mandolinie zasuwałam przez trzy lata. Myślę, że to był wpływ mojego nauczyciela, wspaniałego człowieka.

A pamięta Pani swój casting do „Metra”?

- Właściwie to nie był jeden casting, ale całe mnóstwo. Pierwszy był we Wrocławiu, ale to jest wszystko, co z niego pamiętam. Przeszłam dalej i następne były w Warszawie. W którymś momencie wylądowaliśmy całą 100-osobową grupą na Marymoncie na Akademii Wychowania Fizycznego - tam też odpadały małe grupki. Z jednej strony było fajnie, a z drugiej stresująco, ponieważ nie wiadomo było, komu za tydzień powiedzą „dziękuję”. W końcu zostało 30 osób i tą grupą dotarliśmy do Teatru Dramatycznego. Tam już pracowaliśmy nad konkretnym materiałem.

Co zawdzięcza Pani pracy w Teatrze Studio Buffo?

- To była praca od podstaw. Wszyscy byliśmy bardzo młodzi (przedział wiekowy 17-25 lat) i w większości dotąd niezwiązani z artystycznymi kierunkami. Wyjątkiem był Robert Janowski, który miał wtedy 28 lat i większe od nas pojęcie o występach. Cała reszta do „Metra” przyszła prosto ze szkoły.

Dostaliśmy tam „wiedzę w pigułce”. Przez rok ciężko pracowaliśmy, uczyliśmy się wszystkiego: emisji głosu, dykcji, pracy nad konkretnym materiałem, pantominy, tańca, akrobatyki, różnych profesjonalnych rzeczy, których na pewno nie nauczylibyśmy się w kółkach teatralnych. To były niezbędne podstawy.

W pewnym momencie podjęła Pani decyzję, by rozpocząć działalność tylko na własny rachunek. Długo się Pani nad tym zastanawiała?

- Dla mnie była to bardzo trudna decyzja. Z jednej strony chciałam działać sama, z drugiej jednak miałam poczucie odpowiedzialności. Byłam już kilka lat w Teatrze Studio Buffo, była to stała praca, dawała pewną stabilizację, co było bardzo ważne, ponieważ miałam małe dziecko.

Już po 1997 roku, kiedy wygrałam Przegląd Piosenki Aktorskiej, powoli zaczynałam coraz więcej rzeczy robić na własną rękę. Zawsze jednak wracałam do teatru. Musiałam się też liczyć z tym, że czegoś nie dam rady zrobić, nie będę mogła przyjąć jakiejś propozycji, ponieważ w tym samym czasie będzie spektakl.

Myślę, że taka cezura, gdy ostatecznie zadecydowałam o odejściu z Teatru Studio Buffo, to był rok 2000. Wtedy wydałam płytę „Mężczyźni”. To był dla mnie przełom.

Zawsze mnie to nurtowało - dlaczego występuje Pani boso?

- Jest kilka powodów. Pierwszy był taki, że jakieś 10 lat temu graliśmy koncert plenerowy w Krakowie i było straszliwie gorąco. Lato, ponad 30°C wieczorem. Jak pomyślałam, że po całym dniu mam włożyć szpilki, powiedziałam: „ja to chromolę i idę boso”. Inni też to podchwycili i wszyscy wystąpiliśmy bez butów. I tak zostało. Potem okazało się, że to jest bardzo wygodne, nie trzeba ze sobą tachać butów na występ. Stało się to już przyzwyczajeniem, częścią rytuału grania. Teraz buty mi przeszkadzają na scenie.

W domu też z nich Pani rezygnuje?

- Tak, po domu też boso zasuwam :) Zimą, ponieważ nogi mi dość szybko marzną, zakładam tylko grube skarpety, ale kapci nie wkładam.

Oglądając Pani zdjęcia, nie można powstrzymać się od stwierdzenia, że uwielbia Pani stroić śmieszne miny :)

- Nie lubię, jak mnie fotografują. Gdy widzę aparat, to dostaję „małpiego rozumu”. Nie znoszę robienia zdjęć, więc wolę zrobić głupią minę niż stać i patrzeć w obiektyw.

Wspomniała Pani w jednym z wywiadów, że w młodości zdarzyło się Pani handlować na Węgrzech.

- Mój tata przez ponad dwa lata pracował na kontrakcie na Węgrzech. Wówczas Polacy, którzy wyjeżdżali do pracy, dorabiali jeszcze handlem. Brali ze sobą gigantyczne, kwadratowe, kraciaste torby i pakowali do nich wszystko, co tylko można było sprzedać. Obładowani nimi jechali za granicę i tam, po pracy handlowali tym, co przywieźli. Rozkładali jakieś prowizoryczne stanowiska na chodniku i sprzedawali. Mój tata też tak robił. Raz odwiedziłam go na Węgrzech. Miałam wtedy około 15-16 lat. Ojciec miał do sprzedania jakieś ciuchy, bieliznę, buty. Powiedział mi, co ile kosztuje i jeśli uda mi się cokolwiek sprzedać, to zysk będzie dla mnie. Zostawił mnie w tym miejscu, a ja byłam zachwycona, mogłam zarobić :)

I odkryła Pani w sobie żyłkę handlowca?

- Opyliłam buty Pumy, których tato nie mógł sprzedać przez ostatnich kilka tygodni. Mnie się udało, bo bardzo drastycznie obniżyłam ceny, żeby tylko zagarnąć to, co dostanę za ich sprzedaż (śmiech). Ojciec był później załamany, ponieważ taka sprzedaż guzik się opłaciła, ale tak jak obiecał, tak zrobił. Kasa była moja. Kupiłam sobie za to sukienkę - zieloną. Na tym się jednak skończyła moja przygoda z handlem :)

Słyszałam też, że jako dziecko wpadła Pani w nałóg czekoladowy :)

- Wtedy w Polsce nie było czekolady, tylko wyroby czekoladopodobne. Z Węgier przywożono natomiast wspaniałą czekoladę Africana z orzechami i pochłaniałam tego straszne ilości! Oczywiście nie przeszło to bez konsekwencji... Miałam później duży problem, żeby wrócić do formy sprzed zajadania się nią... :)

Na początku wspomniała Pani o 40 urodzinach. Czy rzeczywiście jak się przejdzie ten próg, to coś się zmienia?

- Czterdziestkę odczułam jako moment totalnej dorosłości, już nic nie można podciągnąć pod głupotę. Czy coś się zmienia? Po chwilowym chaosie spowodowanym szokiem, zyskuje się wewnętrzny spokój i pewność. Choć początkowo wyglądało to wszystko burzliwie: cztery dychy i co ja teraz biedna zrobię? Młodość mija... Ale potem się okazało, że wcale tak źle nie jest :)

Jak byłam mała, moja wyobraźnia sięgała do 2000 roku - obliczyłam, że będę miała wtedy 28 lat. Jak zaczęłam się zastanawiać, co dalej, to wydawało mi się, że to będzie już koniec, będę stara i zgrzybiała (śmiech). „Muszę więc wykorzystać czas do 28 roku życia” - myślałam. A potem, proszę bardzo - cztery dychy, kto by powiedział? (śmiech)

Dziękuję za rozmowę :)

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek

Fot. Artur Rawicz
Dodał(-a) RedTech [inne wiadomości], czytane 8750 razy

Galeria

Komentarze

Linki

---------- R E K L A M A ----------
RZEZAWA 2

Chmurka wyszukiwaczki

szkoła w proszowicach, gala, ścieków, Niepołomice inwestują, Ewa K, Magdalena Krzak, ważne wydarzenia, podhale.pl, boisko, Tenczynek, pijani rodzice, dzien otwartych, Będzie się działo, Rodzinny weekend, Było szkolenie, będą kontrole, Wrona, Niegoszowice, murzyn, hala jaskółka, zadymka, Gdzie one są?, szwedes, odwołanie burmistrza, goodyear, sidzina, Błażej Krawczyk, Wierzchosławice, kukuła, wojciech różowski, jerzy skarżyński, leszek erb, Karolek, Dominika, program kawka, Jacek Janiel,

Wiadomości polecamy

Projekt i realizacja CyfraNet.pl