WAŻNE: Nowe zasady dotyczące cookie
W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów na naszej stronie Polityka dotycząca plików "cookies".
soltec

Użytkownicy online

42 gości online
Czekamy na wasze sugestie [email protected], listy [email protected] i zapraszamy do reklamy [email protected]

Galeria gwiazd

Martyna Jakubowicz: Ważne są emocje, jakie muzyka wzbudza

WywiadKultura • Środa, 7 maja 2014, godz. 13:08
Martyna Jakubowicz grać uczyła się na małej gitarze, której nie sposób było nastroić. Na scenie zadebiutowała w 1977 roku i od tamtej pory swoimi wyjątkowymi, nastrojowymi utworami oczarowuje każde pokolenie słuchaczy. - Dla ludzi ważne są emocje, jakie muzyka w nich wzbudza - mówi artystka. - Dla takich ludzi gram.
Od kilku lat mieszka Pani na wsi, niedaleko Wrocławia. Długo trwało, nim znalazła Pani to „swoje miejsce” na ziemi? Czym urzekła Panią tamta okolica?

- Całe życie wędrowałam. Urodziłam się w Krakowie, wychowałam w Katowicach, mieszkałam przez 20 lat w Warszawie, a potem kilka lat we Wrocławiu. Przyszedł czas na wyciszenie i zbliżenie do absolutu.

Dolny Śląsk jest piękny i przyroda miejscami jeszcze niezdewastowana przez człowieka. Ja kocham naturę, więc jest dla mnie ważne, jakie życie mnie otacza. Ważne, że jest wolniej, spokojniej. Moją pasją jest ogród, dlatego czyste środowisko jest najistotniejsze. Tu pszczoły robią miód i zapylają sady. Mam nadzieję, że jeszcze chwilę to potrwa.
 
Zanim się tam Pani wprowadziła, pewnie było dużo pracy... Co sama Pani robiła podczas remontu/budowy i urządzania domu?

- Nie jestem budowlańcem :) Moje zadania były czysto kobiece. Dobrać kolorystykę ścian, urządzić wnętrze. Jestem fanką starych mebli, bo pięknie i z głową były robione. Np. wielka szafa, którą można w 10 minut rozłożyć, wnieść na piętro, a potem równie szybko złożyć i wszystko do siebie pasuje. Lubię też obrazy. Mam kilka, które dostałam w prezencie od mojego znajomego artysty. Są pełne uroku. Można je było znaleźć na okładce płyty „Tylko Dylan”. Takie sprezentowane są bardziej istotne od tych kupionych. Poza tym mam trochę pamiątek po tych, których już nie ma. To tworzy piękną atmosferę domu.
 
A co posadziła Pani w ogrodzie?

- Wiele nie musiałam sadzić, bo sad jest stary i trzeba tylko o niego dbać. Ale oczywiście dosadziłam kilka nowych drzewek owocowych - stare odmiany jabłoni-renety, malinówki. Zasadziłam też lipy i iglaki. Oprócz tego mam porzeczki, agrest, pigwy i mały warzywniak, bo nie mam aż tak wiele czasu na poważną uprawę. W ogrodzie rosną też moje ulubione kwiaty, czyli kosaćce i róże.
 
Czy w miejscu, w którym Pani mieszka, łatwo przychodzi Pani wena? :)

- Wena jest nieobliczalna. Nie zależy od miejsca, ale od chwili. Oczywiście muzyka miasta jest inna niż muzyka wsi. Nie znaczy to, że będę grała folk. Przy wyciszonym umyśle łatwiej życie się składa w dobrą stronę. Energia jest mniej rozproszona, bo trzeba się zająć jedynie konkretnymi codziennymi sprawami, bez pospiechu i zgiełku, jaki funduje nam miejskie życie. Ale oczywiście to ja jestem w takim punkcie mojego życia. Wielu osobom miasto służy. Ja wolę wieś, więc może moje piosenki też nabiorą innego wymiaru.
 
Nie pojawia się Pani w „modnych” programach telewizyjnych (tj. talent show), nie widać Pani w reklamach. Co Pani sądzi o takim „pokazywaniu się” przez artystów?

- Owszem pokazuję się w różnych programach, jeśli mam nowe wydawnictwo, ale nie jestem celebrytą, nie biorę udziału w programach typu talent show. O muzyce teraz się nie rozmawia w telewizji. Inne sprawy są istotne - ploteczki. Kto, gdzie był i z kim, i ile ma pieniędzy. Kto się rozwiódł, kto ożenił. To teraz interesuje ludzi. W Warszawie się „bywa”, a ja tam nie mieszkam. Mieszkałam i bywałam kiedyś. Teraz żyję i gram koncerty, nagrywam płyty. Oczywiście może to jest mniej ważne, czy pociągające, niż fajne plotkowanie. Muzyka jest łatwo dostępna i jest jej dużo. Przestała być towarem deficytowym, więc nie wzbudza już takiego pożądania.

Co do reklam i pokazywania się artystów w mediach - to część ich pracy. Można oczywiście programowo wszystko odrzucić i być w totalnym undergrundzie. Kwestia wyboru. Wielu artystów robi wspaniałe rzeczy, a w mediach ich nie ma. Wielu robi rzeczy mizerne i w mediach istnieją. Taki czas.
 
Często zdarza się, że ktoś pisze lub podchodzi do Pani i opowiada, jaki wpływ miała Pani piosenka na jego życie? Takie chwile są pewnie dla Pani bardzo ważne.

- Na moje koncerty przychodzi kilka pokoleń. Dla starszych fanów, te piosenki mają inny wymiar, bo są związane z ich młodością. Dla młodszych to po prostu fajne piosenki, które znają z płyt, czy z radia.

Zawsze jest miło, jeśli to, co udało się wymyślić i zaśpiewać jest ważne dla drugiego człowieka. Daje to satysfakcję i poczucie sensu. Jest dużo Martyn w Polsce i fani zawsze podkreślają w rozmowach, że takie imię wybrali ze względu na mnie. To bardzo miłe.
 
Która z usłyszanych od Pani fanów historii szczególnie Panią wzruszyła?

- Nie pamiętam konkretnej historii, ale często rozmawiam na Facebooku z ludźmi, którzy zajmują się porzuconymi zwierzakami. To bardzo smutne historie. Jestem pełna podziwu dla takiej działalności. To bardzo stresujące obserwować cierpienie zwierząt, które wynika z głupoty i braku odpowiedzialności, a czasem wręcz z okrucieństwa. I tak trudno znaleźć im dom i przekonać potem, że będzie dobrze. Psy tracą sens życia bez właściciela. To udomowione, empatyczne stworzenia. Takie porzucenie, to jakby zostawienie dwuletniego dziecka na pastwę losu.

Dlatego zawsze wzruszają mnie ludzie, którzy dbają i ratują zwierzaki. Sama mam kilka z odzysku. Pamiętam historię tego niezwykle dzielnego psa, dryfującego na kawałku kry. Jak walczył o życie i się nie poddawał. I jak pięknie został uratowany, bo komuś się chciało go uratować. To wspaniałe.
 
Czy zdarza się Pani czasem słuchać własnych płyt? Surowo ocenia Pani swoje muzyczne dokonania i samą siebie jako artystkę?

- Zawsze słyszę to, co schrzaniłam. Po sesji nagraniowej zdarza się, że wiele rzeczy wydaje się być do poprawki. Ale oczywiście oznaczałoby to nagrywanie od początku. Trzeba starać się pracować najlepiej, jak się potrafi. Dla ludzi ważne są emocje, jakie muzyka w nich wzbudza. Dla takich ludzi gram. Nie jestem od oceniania tego, co robię. Oceniają mnie ludzie, którzy słuchają moich piosenek. Ja znam tylko swoje słabe i mocne strony. I tę wiedzę zachowuję dla siebie. Jest ona potrzebna w pracy. Wiadomo wtedy, nad czym jeszcze trzeba popracować.
 
W ubiegłym roku wydała Pani płytę z piosenkami Joni Mitchell. Jak zrodził się ten pomysł? Dlaczego akurat ta artystka?

- Joni Mitchell towarzyszy mi od liceum. Jest fantastyczną artystką. Pisze piosenki, gra na gitarze tak, jak nikt inny na świecie, pisze teksty, maluje. Jest inteligentna, wrażliwa. Zawdzięczam jej wiele cudownych emocji i spędzonych przy jej muzyce chwil. Obchodziła 70-te urodziny w zeszłym roku. Stąd pomysł.
 
Czy jest coś, co łączy Martynę Jakubowicz i Joni Mitchell (poza wspomnianą płytą)?

- Czy się znamy osobiście? Nie. Łączy nas podobny sposób patrzenia na życie. I skłonność do gadulstwa. Mitchell krytykuje zachodni styl grabienia natury, a ja uważam, że ma rację. Pazerny kapitalizm jest niebezpieczny. Człowiek nie przetrwa bez dobrej kooperacji z tym, co już dawno zostało mu dane w prezencie. Nie szanujemy tego i będziemy musieli kiedyś za to zapłacić.
 
Poproszę Panią jeszcze o krótki powrót do przeszłości. Pamięta Pani swoje dziecięce marzenia?

- Moje dzieciństwo było troszkę pokomplikowane, ale mogę powiedzieć tylko tyle, że stanęłam na scenie jako mała dziewczynka i tak już zostało. Bardzo chciałam być tancerką. Chyba jak wiele małych dziewczynek. Uwiodło mnie to odkształcanie rzeczywistości i możliwość istnienia w niej. Drugie marzenie to bycie w naturze - i to się spełniło. Trzeba więc marzyć.
 
Kiedy zaczęła Pani grać na gitarze? Jak wyglądał Pani pierwszy instrument?

- Mój pierwszy instrument był okropny. Mała rosyjska gitara z bardzo szerokim gryfem. Nie dawała się nastroić. Męka. Dostałam ten mebelek od ojca, który przywiózł ją chyba ze Lwowa. Miałam wtedy 15 lat.
 
Co zadecydowało o tym, że na dobre zajęła się Pani muzyką? Co było bodźcem do tworzenia?

- To był zupełny przypadek. Uczyłam się grać na gitarze po to, aby śpiewać piosenki. To była frajda. Jak to w liceum. Mamy różne pasje i pomysły. Potem zaśpiewałam na kilku festiwalach i  stało się tak, jak się stało. Nie wiem, co jest bodźcem do tworzenia. To zbyt poważne pytanie. Artysta ptak nieobliczalny. Ma potrzebę dzielenia się własnym światem.
 
Czeka Panią bardzo pracowity rok? Znajdzie się chwila na urlop?

- Przygotowuję dwie płyty. To sporo pracy. Gram też koncerty, bo trzeba wychodzić do ludzi z tym, co się robi. Mam fajny zespół, więc to dużo zabawy. Zobaczymy, co się uda zdziałać, a co nie, bo i tak życie zweryfikuje każdy plan. Nie planuję zbyt mocno.

Co do urlopu? Zapomniane słowo „urlop”. Urlop mają ciężko pracujący na etatach ludzie, bo mają do niego święte prawo. Ja pracuję cały rok. Moim urlopem jest praca w ogrodzie. Od wielu lat nie byłam na wakacjach. Ostatnio chyba, kiedy moje dziecko było małe. Może jeszcze się uda kiedyś, gdzieś wyjechać np. do Barcelony, albo na Kretę. Może, ale to nic pewnego.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek
Dodał(-a) RedTech [inne wiadomości], czytane 8406 razy

Galeria

Komentarze

Linki

---------- R E K L A M A ----------
Drukarnia Kraków

Chmurka wyszukiwaczki

bomba, dyczek, parafia, Andrychów, żubrem, KPP w Myślenicach, Biskupice, golf, Konkurs o Nagrodę Burmistrza, niecała, Łodygowice, kredyt, włosk, Xix wieku, passat, euro, wniebowzięcie, diabelski kamień, kazimierskiego, grot zabierzów, kamery, cba, Szymon Wróbel, gwałciciel, zkkm, bira, P+R, Komu w drogę?, opl, Marek, kaufland, koneczny, wychowawca, manufaktura, szczepanow,

Wiadomości polecamy

Projekt i realizacja CyfraNet.pl