WAŻNE: Nowe zasady dotyczące cookie
W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów na naszej stronie Polityka dotycząca plików "cookies".
WERNER KENKEL 2

Użytkownicy online

46 gości online
Czekamy na wasze sugestie [email protected], listy [email protected] i zapraszamy do reklamy [email protected]

Galeria Gwiazd

Artur Barciś: Na scenie czułem się najlepiej

WywiadKultura • Sobota, 29 grudnia 2012, godz. 20:20
Artur Barciś - wspaniały aktor, kibic piłki nożnej, dobry kucharz, właściciel jamników o „kawowych” imionach, ale przede wszystkim niesamowity człowiek. Chociaż zwykle ma mnóstwo pracy, to jednak zawsze znajduje czas dla swoich widzów.
Do siebie natomiast ma sporo dystansu. Sam o sobie pisze tak:
„Imię - Artur. Nie mam drugiego, rodzice nie dali. Może uznali, że to (w 1956 roku w małej wsi Kokawa pod Częstochową) jest i tak oryginalne i wystarczy za dwa. Lubię swoje imię.

Nazwisko - Barciś. Nie bardzo wiadomo skąd się wzięło, ale odnalazłem kiedyś przypadkowo miasteczko we Włoszech o podobnej nazwie, BARCIS i uknułem dla kolorowych pism historyjkę o tym, że mój ród wywodzi się z Włoch. A może to prawda?”

Podobno bardzo wcześnie nauczył się Pan czytać.

- Tak, już w przedszkolu, gdy miałem pięć lat. Potem w zerówce czytałem innym dzieciom w grupie bajki Brzechwy, baśnie Andersena i braci Grimm. Siadały wokół mnie i słuchały...

W wielu wywiadach mówił Pan, że nie ma zbyt dobrych wspomnień z lat szkolnych... Głównie z tego powodu, że był Pan najmniejszy w szkole, przez co stawał się ofiarą żartów i szyderstw ze strony innych uczniów... Co wtedy pomagało Panu przetrwać, zapomnieć o przeciwnościach?

- Scena. Chodziłem do podstawówki, w której była prawdziwa scena z kulisami i kurtyną! Lubiłem na niej występować. Byłem między innymi solistą w chórze, recytowałem wiersze na akademiach. Scena była tym miejscem, gdzie nie byłem już najmniejszym uczniem w całej szkole! A na dodatek, jak skończyłem śpiewać, czy mówić wiersz, wszyscy bili mi brawo. Byłem wtedy bardzo szczęśliwy.

Już w dzieciństwie postanowił Pan zostać aktorem?

- Tak. Bardzo wcześnie podjąłem tę decyzję. Wiedziałem już wtedy, że miejscem pracy aktora jest scena, a tam czułem się najlepiej. Najpierw jednak musiałem skończyć tę podstawówkę i przeżyć! Potem liceum, matura i dopiero wtedy szkoła teatralna. Zawód aktora był jednak moim marzeniem od dzieciństwa.

A jak Pan wspomina egzamin wstępny do PWSFTv i T w Łodzi?

- Były pewne kontrowersje przy pierwszej eliminacji - komisja nie była pewna, czy nie jestem zbyt niedojrzały. Wyglądałem wtedy na 14 lat, byłem raczej niskiego wzrostu i niewielkiej wagi... Pojawiła się taka opcja, żebym próbował zdawać za rok, jak trochę bardziej dorosnę... Na szczęście jednak uznano, że nie warto tego odkładać. Za rok mogliby mnie przecież wziąć do wojska i nie miałbym możliwości zdawać do szkoły teatralnej.

Egzamin poszedł mi dobrze i zostałem przyjęty. Byłem chyba na drugim miejscu.

Jako aktor wciela się Pan zarówno w postacie dramatyczne, jak i komediowe. Które dla Pana stanowią większe wyzwanie?

- Ja nie dzielę ról na dramatyczne i komediowe. Dzielę je na role, które są dobrze napisane i warto je zagrać oraz te, które są źle napisane i takich się nie podejmuję. Nie ma dla mnie znaczenia, czy rola jest komediowa, czy dramatyczna. Właściwie to każdą, nawet tę komediową, traktuję jakby to była rola dramatyczna.

Wspomniał Pan kiedyś, że najtrudniejszą dla Pana była rola Janka Kaniewskiego w serialu „Doręczyciel”. Z jakiego powodu była tak trudna do zagrania?

- Grałem człowieka upośledzonego umysłowo, człowieka zupełnie innego niż my wszyscy. Zwykle jako aktorzy gramy ludzi takich, jakimi sami jesteśmy, różniących się jedynie charakterem. Tutaj trzeba było zagrać kogoś, kto chodzi inaczej, zachowuje się inaczej, mówi inaczej i inaczej myśli. To było bardzo trudne.

Czy telewidzowie, którzy oglądają seriale z Pana udziałem, spotykając Pana na ulicy, często utożsamiają Pana z postacią, w którą się Pan wciela?

- W tej chwili bardzo rzadko. Kiedy królowały „Miodowe lata”, czasem słyszałem, jak ktoś mówił „Norek przeszedł”, albo jakieś żarty, związane z zawodem granej przeze mnie postaci. Teraz już nie. To, że gram Czerepacha w serialu „Ranczo”, nie wpływa na to, żeby ludzie postrzegali mnie przez pryzmat tej postaci.

Gdy występuje Pan na scenie, zdarza się Panu zapomnieć tekstu?

- Oczywiście. Udaję wtedy, że tak miało być. Taka jest zasada - trzeba zrobić wszystko, by się publiczność nie zorientowała, że coś jest inaczej, niż miało być. Trzeba na przykład coś dopowiedzieć własnymi słowami. Gorzej jest w przypadku piosenek, ponieważ wtedy trudno nadążyć, żeby cokolwiek wymyślić i dla widowni jest jasne, że ktoś się pomylił... Ale trudno, to jest część tego zawodu.

Rok temu ukazała się książka Marzanny Graff, w postaci wywiadu z Panem, zatytułowana „Rozmowy bez retuszu”. Co Pana przekonało, by opublikować swoje wspomnienia?

- Namówiła mnie Marzanna Graff. Na początku nie chciałem się zgodzić. Uważałem, że jest jeszcze za wcześnie na takie zwierzenia, ale Marzanna mnie przekonała. Powiedziała, że jeżeli gdzieś na wsi jest jakiś chłopiec, który marzy o tym, żeby zostać aktorem, czuje, że ma do tego predyspozycje, a nie wierzy, że jest to możliwe, to po przeczytaniu tej książki, być może uwierzy.

Pańskiej żonie spodobał się ten pomysł?

- Początkowo się śmiała, że jestem megalomanem. :)

Z żoną jest Pan już około trzydziestu lat. Jak dzielicie się Państwo obowiązkami w domu?

- Finansami zajmuje się żona, ponieważ ja kompletnie nie mam do tego głowy, nie potrafię na przykład przelać pieniędzy przez Internet... Nie znam się na tym, a żona bardzo dobrze się w tym odnajduje. Poza tym nie mamy jakiegoś podziału obowiązków. Każdy robi to, co umie robić najlepiej. Ponieważ ja jestem dobry w kuchni, to zazwyczaj gotuję. Jeśli trzeba zrobić pranie, to robi to ta osoba, która akurat ma wolny czas.

Podobno u Pana w domu zawsze są psy i to zawsze jamniki. Dlaczego akurat ta rasa?

- Przez przypadek. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Śródmieściu w Warszawie, w małym mieszkaniu, nasz syn bardzo chciał mieć psa. Wtedy akurat jamniczka koleżanki z teatru urodziła szczenięta, więc wzięliśmy takiego małego jamnika szorstkowłosego. Uznaliśmy, że w tym małym mieszkaniu taki mały piesek, jeśli nawet przebiegnie tylko z pokoju do pokoju, to będzie już miał mały spacer. :) I tak się zaczęło. A potem to już zakochaliśmy się w jamnikach... I mamy je do dziś.

To Pan zawsze wymyśla dla nich imiona?

- Tak. Kiedyś były to nazwy napojów. Matka naszego pierwszego psa miała na imię Pepsi i urodziła Tonica, Fantę i Nescę. Potem Nesca urodziła szczenięta, którym nadałem imiona jak kawowe napoje - Tchibo, Pedros i Inka. Przygarnęliśmy jeszcze taką jasnobeżową jamniczkę, bardzo chudą jamniczkę, więc nazwałem ją Lura. A teraz mamy jeszcze inną jamniczkę, która wabi się Gama, ale tylko dlatego, że takie imię miała wcześniej, zanim się u nas znalazła, więc już go nie zmienialiśmy.

Jest Pan jednym z niewielu aktorów, którzy prowadzą swoją stronę internetową, regularnie odpisują na maile widzów i komentują posty na forum. Widać, że taka aktywność w Internecie weszła już w rytm Pańskiego dnia.

- Tak, to jest takie moje okno na świat. Lubię kontakt z widzami, lubię ich poznawać, dowiadywać się, kim są. A jednocześnie wiem, że jest wiele osób, które chcą mnie bliżej poznać, więc daję im taką możliwość. Prowadzę swoją stronę, na niej albo piszę, co aktualnie dzieje się u mnie ciekawego, albo zamieszczam swoje felietony, albo wypowiadam się na forum na różne tematy.

Co, poza aktorstwem, jest Pana największą pasją?

- Sport. Uwielbiam piłkę nożną, siatkówkę, piłkę ręczną. I jest zapalonym kibicem! Niestety nie mam na to zbyt wiele czasu, ale staram się zawsze obejrzeć mecz. Jeśli na przykład w tym samym czasie gram w spektaklu, to mecz nagrywam, a potem robię wszystko, żeby się nie dowiedzieć, jaki był wynik. A gdy przyjeżdżam do domu, oglądam go tak, jakbym oglądał na żywo.

Raczej stroni Pan od hucznych przyjęć i bankietów. Gdzie najchętniej spotyka się Pan z przyjaciółmi?

- Najczęściej u mnie w domu. Lubię takie biesiady - zapraszam moich serdecznych przyjaciół, razem siedzimy w ogrodzie, do tego ja zawsze upitraszę coś smacznego, wypijemy piwo i rozmawiamy.

Dla Pana najciekawsze miejsce na urlop to...?

- Mój dom :)

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek
Fot. Franciszek Barciś


Zapraszamy na stronę internetową www.barcis.pl
Dodał(-a) RedTech [inne wiadomości], czytane 8964 razy

Galeria

Komentarze

Linki

---------- R E K L A M A ----------
PROFI

Chmurka wyszukiwaczki

Przyjaciele Wieliczki, stypendium, irena urban, Chcą obniżyć ceny biletów, KARNIOWICE, Jacek Janiel, kabaret, bisaga, bicie rekordu, leszek ozga, białka, bieg, Barbara, Bezpłatne znakowanie psów, rowecki, parabank, wojciech różowski, Daniel Sadzikowski, afera ściekowa, rodowodu, Fotoradar, gorce, komornik, weteran, szymański, Żołnierze, Tu znajdzie się miejsce, koło gospodyń, cofała, happening, Lanckorona, znaleziono zwłoki kobiety, Koniusza, dni proszowic, Remont drogi,

Wiadomości polecamy

Projekt i realizacja CyfraNet.pl